niedziela, 11 stycznia 2015

Najgorsze z najgorszych: The Giant Claw



Lata pięćdziesiąte to niesamowity okres w historii kinematografii. Z jednej strony mogliśmy podziwiać na ekranie takich bohaterów kina jak Gary Cooper, czy Charlton Heston, a z drugiej otrzymaliśmy ogromny wysyp złych horrorów i filmów science-fiction, których zbyt namiętne oglądanie może wyrządzić większe szkody dla młodego, rozwijającego się mózgu, niż regularne ćpanie metaamfetaminy. Opisywany tutaj twór należy do tej grupy filmowych kwasów, co się zowią „Monster Movies”, czyli tak mówiąc po chłopsku kino godzillopodobne (wiem, wiem, King Kong był wcześniej, ale to Godzilla jest królem potworów, więc deal with it).