Najgorsze z najgorszych: The Giant Claw



Lata pięćdziesiąte to niesamowity okres w historii kinematografii. Z jednej strony mogliśmy podziwiać na ekranie takich bohaterów kina jak Gary Cooper, czy Charlton Heston, a z drugiej otrzymaliśmy ogromny wysyp złych horrorów i filmów science-fiction, których zbyt namiętne oglądanie może wyrządzić większe szkody dla młodego, rozwijającego się mózgu, niż regularne ćpanie metaamfetaminy. Opisywany tutaj twór należy do tej grupy filmowych kwasów, co się zowią „Monster Movies”, czyli tak mówiąc po chłopsku kino godzillopodobne (wiem, wiem, King Kong był wcześniej, ale to Godzilla jest królem potworów, więc deal with it).


Bohaterem historii jest Mitch MacAfee który podczas próbnego lotu myśliwca zauważa jakiś dziwny latający obiekt. Niedługo po tym samoloty na terenie kraju są atakowane i amerykańskie wojsko podejrzewa, że za tymi niecnymi uczynkami stoi jakiegoś rodzaju statek kosmiczny (bo w końcu amerykanie w latach pięćdziesiątych mieli dużo zatargów z kosmitami ). Wojsko myli się tylko połowicznie, ponieważ agresor faktycznie pochodzi z kosmosu, z tym, że jest to pochodzący z odległej galaktyki…olbrzymi sęp.

Nasz zwierz jest prawdopodobnie jednym z najbrzydszych latających sukinkotów jakie widziało kino. Wykonanie potwora jest tak okropne, że biedak wygląda, jakby był upośledzony. Nie chcę psuć nikomu zabawy zdradzając więcej cech potwora, ale mogę zagwarantować, że teorie, które przedstawiają  w tym filmie na jego temat „amerykańscy naukowcy” są tak niesamowite, że nawet chińczykowi oczy się zaokrąglą ze zdziwienia. Sam byłem tak bardzo pod wrażeniem tych głupot, że gdzieś w połowie seansu przestałem mrugać i teraz są mi potrzebne krople do oczu. Oczywiście sam potwór nie ma wcale takiego dużego czasu antenowego (piniendze pany, piniendze), więc standardowo mamy okazję przez większość filmu poszydzić ze złego aktorstwa. No i jak to często bywa największe baty dostanie facet grający główną rolę. Jeff Morrow grający MacAfeego jest rozbrajający w powadze odgrywanej postaci. Facet posiada taką typową, poczciwą amerykańską mordę i parę bardzo przejmujących, mokrych oczu. Te oczy aż wbijają się w widza, jakby chciały powiedzieć „Jestem tak bardzo zaangażowany. Nie mam bladego pojęcia co się wokół mnie dzieje, ale naprawdę chciałbym pomóc”. Trochę jak u kochającego psa.

Legenda głosi, że nikt nie wiedział, jak ostatecznie będzie wyglądał potwór i Morrow będąc na premierze filmu jak najszybciej spierdolił z kina ze strachu, że ktoś go rozpozna. Biedaczyna zamknął się w domu i zalał się w trupa. No, ale co on? Scenariusza też nie czytał? On ten film brał na poważnie? Myślał chłopina, że po tym filmie dostanie angaż do „Ben Hura”? Przecież nawet, gdyby tego ptaka zrobili całkiem profesjonalnie, to ten film byłby najzwyczajniej na świecie głupi.

Za seans polecam się brać na lekkim kacu lecząc się paroma piwkami, po to by się upewnić, że film się przyjmie. Taki zabieg powoduje, że całość całkiem znośnie się ogląda, a nawet pozytywnie nastraja przed zbliżającym się poniedziałkiem.