czwartek, 5 lutego 2015

Alucarda


Nigdy nie miałem dotąd przyjemności oglądać meksykańskiego kina grozy i mój pierwszy raz nadszedł wraz z seansem filmu „Alucarda” z 1978 roku. Film, co ciekawe, był dystrybuowany w Polsce na kasetach VHS pod tytułrm „Piekło”. Serio? Przecież oryginalny tytuł brzmi dobrze chyba w każdym języku i posiada w sobie tą taką nutkę magii, a zamieniono go na coś tak nudnego. Szkoda słów. Pozwólcie jednak, że przejdę do samego filmu.

Justine jest młodą dziewczyną, która trafia pod opiekę sióstr zakonnych. Poznaje tam inną sierotkę, tytułową Alucarde, której bardzo przypada do gustu. Od tamtej pory dziewczęta są sobie bardzo bliskie i włóczą się po lasach i pobliskich ruinach. Swoją drogą, to nie mogłem się nie zaśmiać, gdy dziewczęta napotkały na swej drodze najbardziej stereotypowego diabła rodem z baśni, który w dodatku mówi po niemiecku. No bez jaj. Niedługo potem film zapewnia widzowi festiwal popieprzonych zdarzeń związanych z opętaniem dziewcząt i głównie o tym jest ten film.

Z początku klimat przypomina nieco mroczną baśń, ale bardzo szybko zaczyna przypominać on strasznie popieprzony, psychodeliczny koszmar podczas którego jako widz doświadczymy kilku dziwnych, przeskakujących scen dopełnionych równie pokręconą, ale świetnie pasującą tutaj muzyką. Klimat  w pewnym momencie robi się tak intensywny, że pojawiły się u mnie kłopoty z oddechem. Klasztor, w którym dzieje się lwia część akcji jest umiejscowiony w podziemiach i jego obskurność ma niemałe znaczenie dla atmosfery tego filmu. Warto też zwrócić uwagę na wygląd sióstr zakonnych. Ich stroje wyglądają jak bandaże przesiąknięte krwią.

Trzeba też przyznać, że meksykanie jak już biorą się za horror to nie pierdolą się z tematem i serwują nam pokaz całkiem konkretnych scen. Film jest dość brutalny i można się spodziewać nie tylko kilku litrów krwi, ale także ciężkich poparzeń, dekapitacji, czy ulubionej rozrywki osób duchownych, czyli biczowania. Nie można też nie wspomnieć o całkiem sporej ilości golizny i pociągu Alucardy do jej koleżanki. Ja nie wiem, czemu oni się w tamtej dekadzie tak bardzo uparli na te lesbijki, ale to już trzeci film na łamach bloga z tym motywem i dam sobie głowę uciąć, że na pewno nie ostatni.

Film został wypuszczony w dwóch wersjach językowych. Nie mam co prawda na to jakiś niezbitych dowodów, ale wydaje mi się, że to angielska ścieżka jest tą oryginalną, o czym świadczyłoby  dużo lepsze dopasowanie głosów i ruchów warg postaci. Oglądałem właśnie tą wersję i na pewno przyczynia się to do lepszej oceny tego filmu. Obawiam się, że nie strawiłbym go po hiszpańsku i choćby nie wiem co by za cuda w nim pokazywali, to i tak bym się czuł, jakbym oglądał „Niewolnice Izaure”

„Alucarda” to dobra propozycja dla ludzi, którzy mają straszną słabość do kiczowatego retro okultyzmu. Na plus trzeba też dodać, że scenarzyści odpuścili widzom jakieś przesadne dłużyzny i całość ogląda się bez żadnego ziewania. Idealny materiał na fanowski teledysk Electric Wizard.