czwartek, 19 lutego 2015

Witchfinder General


„Pogromca Czarownic”, lub jak kto woli „Witchfinder General” musiał się na blogu pojawić. Nie będę tutaj ukrywał, że to jeden z filmów, które przekonały mnie do tego, że warto ma dłużej zainteresować się starym kinem. W końcu nie bez powodu używam mordy głównego bohatera jako avatara na blogu i fappage’u.
Matthew Hopkins to prawnik i samozwańczy pogromca czarownic, który wykorzystuje niepokoje społeczne wywołane angielską wojną domową i tendencje do zabobonów, by się wzbogacić. Ten facet to taka plaga na koniu, a jego pojawienie się na wiosce zwiastuje serie oskarżeń o czary z których nie w sposób się wybronić. Co ciekawe, Hopkins to postać historyczna i ponoć przyczynił się do śmierci około trzystu kobiet. Niezła drań, co nie? W końcu ktoś musiał się tematem zainteresować i zrobić o gościu film. Pamiętajcie jednak, że o ile nasz pogromca faktycznie istniał, to historia zawarta w „Witchfinder General” jest już wymysłem scenarzysty.

Akcja filmu toczy się w dużej mierze w miejscowości Brandeston do którego ta hiena Hopkins przybywa i zamierza wprowadzić zamęt. Oskarża on lokalnego klechę o konszachty z szatanem (bo kto bogatemu zabroni?), po czym daje jego bratanicy do zrozumienia, że jak się z nim prześpi, to kto wie, może coś da się załatwić ;) Hopkins jak na gnidę przystało nie tylko słowa nie dotrzymuje, ale i nie bardzo chce dać spokoju tej uroczej dziewuszce, co nieco rozgniewa Richarda Marshalla, młodego żołnierza i jej absztyfikanta.

Film ponoć okazał się dość kontrowersyjny ze względu na swoje dość realistyczne podejście do tematu. Podczas seansu można sobie popatrzeć na podtapianie, wieszanie, torturowanie, czy palenie żywcem ale oczywiście przy dzisiejszych standardach sceny z tego filmu nie robią na nikim większego wrażenia. Wtedy jednak reżyser Michael Reeves był zmuszony do odpuszczenia sobie kilku scen, a i tak film ostatecznie pocięto ze względu na zbyt drastyczne fragmenty. Podobno jednak film bardzo na tych zabiegach nie ucierpiał.

W Hopkinsa wcielił się Vincent Price, na którego punkcie miałem małego fioła od czasu, gdy obejrzałem po raz pierwszy „Upadek domu Usherów” i po prostu czułem mus zapoznania się z jak największą ilością filmów z tym aktorem. Natrafienie na ten film to była tylko kwestia czasu. Podobno Reeves chciał by w filmie główną rolę dostał Donald Pleasance, ale po obejrzeniu wyniku końcowego nie bardzo wyobrażam sobie kogokolwiek innego jako Matthew Hopkins. Wtedy jednak reżyser był bardzo niepocieszony tym, że zaangażowanie w projekt Price’a wymusili na nim producenci.

Legenda głosi, że gość strasznie się na gwiazdora wkurwiał z powodu jego dość przerysowanego stylu grania i aktor dostawał od reżysera takie zjeby, że pewnie najchętniej by go wrzucił do gorącego wosku. Nieprzyjemny proces kręcenia filmu jednak się opłacił, bo to chyba najlepsza rola Vincenta, bardziej stonowana od poprzednich, ale zdecydowanie złowieszcza i budząca emocje. Jak bymcykcyk będziecie chcieli by tego gnoja utłukli.

Dodatkową ciekawostką jest to, że z racji, że w filmie grał Price próbowano go pod siłę podpiąć pod Cormanowskie ekranizacje Edgara Alana Poe i w Stanach przemianowano film na „The Conqueror Worm”..ba! nawet na plakatach jest „Edgar Alan Poe’s The Conqueror Worm”. O tym, że film z tym pisarzem ma niewiele wspólnego chyba nie muszę pisać. Bardzo nieładnie panie producencie.

I czemu do wuja Wacława czytając o tym filmie bywa, że jest on nazywany horrorem? Bo co? Bo Price? Bo trochę krwi? „Witchfinder General” to w zasadzie dramat historyczny, a prawdziwych czarownic ani tym podobnych nie doświadczycie wcale.

Oczywiście gatunek nie ma tutaj większego znaczenia, bo ten film jest po prostu dobry i wolny od większych głupot, jakiegoś nadzwyczajnie złego aktorstwa, albo psychodelicznych jazd…aż się teraz zastanawiam czy on mi pasuje do profilu bloga.