Najgorsze z najgorszych: Target Earth


Wyobraź sobie taką sytuacje. Budzisz się i wykonujesz coranny rytuał, czyli mycie zębów, twarzy, na śniadanie twój ulubiony pet z kawą i obowiązkowa poranna kupa przed wyjściem do roboty i nie jesteś świadom, że coś w przyrodzie się zmieniło. Gdy już jednak wychodzisz to okazuje się, że miasto jest opustoszałe i brakuje nawet starych bab w tramwajach. W takiej sytuacji znaleźli się bohaterowie filmu „Target Earth” i aż chciałoby się przytoczyć klasyka: „Co się stao?”

W latach 50tych popularnym powiedzeniem musiało być: „Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o kosmitów”, bo jednak troszkę ci amerykanie filmów o zagrożeniu z kosmosu wtedy naprodukowali. W „Target Earth” da się odczuć, że twórcy podpierdzielili pomysł z Wojny Światów z poczuciem, że jeśli zastąpią najeźdźców z Marsa najeźdźcami ze Snickersa… pardon, z Wenus to wszystko będzie ok. W filmie zresztą się pojawia w rozbrajająca rozmowa, w której jeden typ tłumaczy, że kosmici są na pewno z Wenus, bo na studiach go uczyli, że to jedyna planeta, na której może istnieć jeszcze życie, a poza tym to kolega z ławki był strasznym nerdem i ciągle czytał śmieciowe magazyny o Science Fiction, więc zaufajcie typowi, on jest fachowcem.

Wracając jednak do agresorów spoza Ziemi to trzeba wspomnieć, że jest to armia strzelających promieniami kanciastych robotów. Sęk w tym, że twórcy nie mieli budżetu na kartony z których można taką armie zbudować, więc robot w filmie jest tylko jeden i wmawia się nam podczas seansu, że jest ich całe mnóstwo.  
Swoją drogą, to motyw robota ścigającego czwórkę głównych bohaterów(Dwie  parki) przypomina mi nieco „Robot Monster”, ale na szczęście dla twórców „Target Earth” ci nie zdecydowali się wybić wszystkich ludzi od razu i od czasu do czasu ktoś tam się pojawia, w tym wspaniałe, ratujące jak zawsze świat, amerykańskie wojsko.
Film oczywiście jest naiwny, nieco ubogi w sens oraz tandetny i w sumie jedyne słowo, które trafnie by go opisało, to „pocieszny”. Właśnie. Ten film jest bardzo pocieszny i trzeba przyznać, że jakbym miał opisywać po kolei te wszystkie tanie sci-fi z lat 50tych to by wystarczyło kopiować i wklejać pierwsze zdanie z tego akapitu. Po prostu taka już specyfika i urok tych filmów.
Bohaterowie przez dużą część filmu po prostu siedzą w chacie i boją się wyjść ze względu na roboty. Jest nawet zarysowany wątek walki o przetrwania, czyli chociażby scena w której chłopy przynoszą żarcie do domu, albo gdy jakiś typ włazi do mieszkania i grozi bohaterom pistoletem przez parę godzin, bo tak. Normalnie intryga rodem z „The Walking Dead”.

Z „Target Earth” jest taki kłopot, że to owszem jest film zły, ale nie na tyle, by miał na tym zyskać wartości komediowych(no dobra, raz się zaśmiałem, ale to przez wygląd robota). To tak, jak ser spleśniały, to nie to samo co ser pleśniowy. Seans jednak był nawet znośny (Film był krótki, chwała Odynowi) i nie ucierpiałem na psychice bardziej niż zwykle, więc jeśli ktoś ma słabość do tych klimatów to w sumie droga wolna. Reszta też może obejrzeć, ale po co?