piątek, 20 lutego 2015

Wojna światów


Byłem chyba w pierwszej klasie liceum, gdy natrafiłem na pewną muzyczną perełkę. Cudo zwało się „Jeff Wayne’s Musical Version of The War of the Worlds” i była to dwupłytowa opera rockowa oparta właśnie na powieści Wellsa. Rzecz absolutnie niesamowita i aż po dziś dzień nie mogę przestać się zachwycać. Ciekawym zabiegiem było wynajęcie do projektu aktora Richarda Burtona, który czytał fragmenty powieści do muzyki, co tylko podkręcało klimat albumu.

Po kilkukrotnym przesłuchaniu całości byłem już tak nakręcony, że pobiegłem do najbliższej biblioteki z nadzieją, że dorwę książkę i na moje szczęście się udało. „Wojna Światów” wchodzi przyjemnie niczym najlepsza przepalanka wujka Władka.

I chociaż tygodniami zachwycałem się zarówno albumem, jak i książką, to nie byłem już taki skory do oglądania filmów. Co prawda obejrzałem kiedyś przy okazji potworka z Cruisem i na samą myśl o tym filmie pocą mi się ręce i mam trudności z oddychaniem ze złości. Spielberg! Aleś to zjebał!

Zapomniałem na dłuższy czas o pierwszej adaptacji książki z roku pańskiego 1953 w reżyserii Byrona Haskina. W końcu nadszedł czas, by nadrobić zaległości i sprawdzić, czy filmowa wersja Wojny światów również sprawia, że pojawia mi się banan na twarzy (tylko na twarzy).

Jeżeli ktoś jakimś cudem nie do końca orientuje się o czym jest Wojna Światów, bo np. był trzymany od maleńkości przez ojczyma w piwnicy to pośpiesznie informuję, że fabuła rozpoczyna się w momencie, gdy na ziemie spada tajemniczy meteoryt, który szybko okazuje się być marsjańskim pojazdem. Marsjanie przybyli na naszą planetę by żuć gumę do żucia i skopać nam tyłki…a akurat skończyła im się guma   : ).

Film oczywiście jest dość luźną adaptacją która z powieści czerpie przede wszystkim ogólny pomysł. Prosiłbym więc wszystkich książkowych nerdów ( hurr durr tyle zmienili, książka zawsze lepsza) o danie sobie na luz. Duża szklanka melisy, lub pół litra czystej przezroczystej (zalecana metoda…w każdym przypadku) powinno załatwić sprawę. Trzeba jednak wspomnieć, że nie będzie to film kostiumowy. Amerykanie oczywiście nie mogli pozwolić, by Marsjanie atakowali w pierwszej kolejności brytoli, bo jakże to tak? Przecież to oni są numero uno na świecie i to ich mają odwiedzać kosmici. Akcja się więc dzieje na terenie Ju Es i Ej, w dodatku w czasach współczesnych ( czyli latach 50tych ).

„Wojna Światów” to film wysokobudżetowy i po seansie paru tanioszków z tego okresu (patrz: Target Earth ) ogląda się go niczym zeszłoroczny megahit. Akcja jak na tamte czasy jest niezwykle dynamiczna, a twórcy nie wstydzili się pokazywać nam Marsjan, wiec na pewno nie poczujecie niedosytu. Ciekawostką jest, że ograniczenia techniczne nie bardzo pozwalały twórcom na stworzenie słynnych z powieści trójnogich pojazdów, więc scenarzyści sobie cwanie obmyślili, że zamiast nóg zrobi im się takie niewidoczne wiązki promieni, które będą je utrzymywać w powietrzu.

Dlaczego warto zabrać się za tą „Wojnę Światów”? Z powodu wiekowości produkcji i tematyki nie ma się w stosunku do niej wielkich wymagań, dlatego też raczej nie powinna nikogo rozczarować, a może za to zaskoczyć. Całość wygląda uroczo, a seans odbywa się bez żadnego ziewania. Można więc oglądać bez strachu o zmarnowany cenny czas. Ja nie żałuję

Teraz pora zabrać się za słynne słuchowisko czytane przed IIWŚ przez Orsona Wellesa