Lovecraft w kinie: Zamknięty pokój


Howard Philips Lovecraft zmarł w 1937 jako wielce niedoceniony twórca tak zwanych „weird fiction”. Posiadał jednak grono zafascynowanych jego twórczością, nazwijmy to, kolegów po fachu, którzy chętnie kontynuowali jego spuściznę. Jednym z nich był założyciel wydawnictwa Arkham House,  August Derleth, który „dokończył” pomysły i fragmenty, których Lovecraft nie zdążył lub pewnie nawet nie zamierzał zrealizować.

Jednym z nich jest opowiadanie „Zamknięty pokój”, które jest sygnowane nazwiskami obu pisarzy. Najprawdopodobniej jednak jest to wytwór niemalże wyłącznie Derletha, który po prostu zainspirował się jednym z zapisanych pomysłów Lovecrafta.  Z jednej strony strasznie brzydko i niekreatywnie ze strony pana Augusta, że wręcz promował się na zwłokach mistrza, a z drugiej to właśnie ten człowiek kładł wielkie starania, by rozpromować Mitologie Cthulhu.

Opowiadanie „Zamknięty pokój” czyta się jednak przyjemnie. Da się co prawda odczuć, że to nie jest tak do końca Lovecraft, ale spodobała mi się w nim próba powiązania ze sobą opowiadań „Widmo nad Insmouth” oraz „Horror w Dunwich”. Warto więc zabrać się lekturę będąc zaznajomionym z powyższymi opowiadaniami.
Wypociny Derletha musiały się najwyraźniej komuś spodobać, skoro w 1967 roku powstał na ich podstawie film. Podczas napisów początkowych nawet jest ładnie napisane, że scenariusz bazuje na opowiadaniu „Augusta Derletha i H.P. Lovecrafta” i jest to straszne kłamstwo, bo to nawet nie jest luźna adaptacja. Jedyne co łączy oba dzieła to fakt, że ktoś/coś jest zamknięte w pokoju na górze.

Fabularnie film ma się tak: Susannah przybywa wraz z mężem do miejscowości Dunwich by dowiedzieć się czegoś o swojej przeszłości. Miejscowi nie bardzo się z tego faktu cieszą i zachęcają ich do jak najszybszego opuszczenia tego miejsca. Wierzą oni bowiem, że nad jej rodem ciąży klątwa i ich przybycie musi zwiastować straszną tragedię. Nasi bohaterowie mają takie zabobony oczywiście w rzyci i postanawiają nocować w starym domu należącym do rodziców Susanny.

Nie oczekiwałem wiernej adaptacji, bo już jako zdążyłem się przekonać, że w przypadku Lovecrafta to takiego czegoś ze świecą szukać i ewentualnie mogę odesłać kogoś do filmów dystrybuowanych przez H. P. Lovecraft Hystorical Society. Największym grzechem filmu jednak jest to, że bardzo chętnie używa nazw ewidentnie kojarzącymi się z Mitologią Cthulhu, a mimo to nie pojawia się w nim JAKIKOLWIEK element nadnaturalny. Tak, tak, dobrze czytacie.  Zero złowrogich kultów, zero czarów, zero wielkich przedwiecznych. Nie ma nawet jakichkolwiek ryboludzi. Filmowi wyszłoby zdecydowanie na dobre, gdyby nie udawał, że ma z Lovecraftem cokolwiek wspólnego…a tak to chuj, dupa i kamieni kupa.

Dobrze, a co jeśli ktoś ma w rzyci Lovecrafta i chce po prostu obejrzeć ciekawy film? Nie ten adres. Niby jest tu jakaś tajemnica, ale całość tak zaprezentowano, że każdy w miarę rozumujący człowiek bardzo szybko się domyśli o  co tak naprawdę biega w tym filmie.Aktorsko film jest mocno przeciętny i przede wszystkim wyróżnia się Carol Lynley, szkoda tylko że wyróżnia się w negatywny sposób. Już mi głupio tak ciągle stękać na aktorki w tanich filmach, ale mnie naprawdę boli jej nic nie wyrażający wyraz twarzy i straszny kij w dupie. Trzeba też wspomnieć o bardzo charakterystycznej muzyce, która składa się głównie z saksofonu i instrumentów perkusyjnych. Zasada ścieżki dźwiękowej w tym filmie jest taka, że im więcej się w danym momencie dzieje, tym więcej kakofonii człowiek usłyszy, więc  jeśli ktoś się zdecyduje na ten film na kacu to mu głowę rozpierdoli.

Generalnie to filmu naprawdę nie polecam. Jest całe mnóstwo dobrych obrazów, jeszcze więcej złych, ale przynajmniej śmiesznych, a ten jest momentami wręcz irytujący. Obejrzałem go ponownie po niemalże roku by sprawdzić, czy po prostu nie miałem wtedy na takie kino nastroju. Niestety, teraz również się nie przyjął, więc weźta mnie to, schówta, bo ja nie chca tego wincyj widzieć.