Diabelski Deszcz


Ciężko być aktorem jednej roli, zwłaszcza gdy serial, który przez ostatnie lata był głównym źródłem dochodu zakończył emisję. Coś o tym wiedzieć musi William Shatner, bo jakby tak spojrzeć na okres pomiędzy serialem, a filmową kontynuacją kosmicznych przygód Kirka i Spocka, to przyznać trzeba, że nie bardzo jest czym się chwalić. Na chleb trzeba jednak jakoś zarobić i tak, w 1975 roku można było zobaczyć Shatnera w tanim, satanistycznym horrorze pod tytułem „Diabelski deszcz”

Rodzina Prestonów skrywa mroczną tajemnice. W czasach, gdy Stany Zjednoczone były bardzo młode i wszędzie wokół panoszyli się purytanie, Prestonowie należeli do kościoła Szatana. Zbuntowali się jednak przeciwko Jonathanowi Corbisowi, przywódcy sekty i ukryli przed nim ważną satanistyczną księgę, która po dzień dzisiejszy jest w posiadaniu ich rodziny. Pech chciał, że satanistyczny kult właśnie teraz postanowił upomnieć się o księgę. Nie zastanawiając się wiele, grany przez Kapitana Kirka bohater, postanawia skonfrontować się z liderem kultu.

Fabularnie ten film jest straszną padaką i odnoszę wrażenie, że scenariusz pisano na pięć minut przed kręceniem. W dodatku jest chaotyczny i niezbyt sprawnie zmontowany. Mniej uważny widz może nie bardzo wiedzieć co się dzieje podczas seansu. Proponowałbym jednak z tym nie walczyć i pozwolić obumrzeć paru komórkom mózgowym. Tak będzie lepiej.

Przyznać jednak muszę, że jest to naprawdę bardzo klimatyczny horror z tak gęstą atmosferą, że człowiekowi robi się duszno podczas seansu. Bardzo pozytywne wrażenie sprawiają sceny z okultystycznymi obrządkami i co najciekawsze, konsultantem od nich był sam Anton Szandor LaVey, czyli założyciel Kościoła Szatana.

Ten pan otrzymał zresztą w filmie niewielką rólkę i myślę, że można bez problemu go zauważyć. Skoro już jesteśmy przy tego typu ciekawostkach, to „Diabelski deszcz” jest prawdopodobnie pierwszym pełnometrażowym filmem Johna Travolty…jednak fani tego aktora powinni sobie odpuścić, bo znaleźć go ciężej niż Wally’ego J. Rola głównego antagonisty przypadła Ernestowi Borgine’owi (pamiętacie taksówkarza z „Ucieczki z Nowego Yorku”? To on), który z początku zdaje się nie pasować jako lider satanistycznej sekty, ale jak się machnie ręką to jego szalona morda nawet cieszy oko.

„Diabelski Deszcz” to film ze zmarnowanym potencjałem. Mamy tutaj całkiem niezgorszą obsadę i bardzo przyjemny klimat, ale jednocześnie totalnie spartolono zarówno fabułę, jak i techniczny aspekt filmu( O dziwo efekty specjalne są całkiem spoko). Niestety, ten cały magiczny, szatański kicz nie nadrabia tych wad i miałbym wyrzuty sumienia, gdybym bez wahania postanowił komukolwiek go polecić. Tylko dla filmowych zwyroli.