wtorek, 2 czerwca 2015

Lovecraft w kinie: Die Monster! Die!



„Giń Stworze, giń!” to jeden z pierwszych horrorów, które powstały pod wpływem literatury samotnika z Providence, Howarda Philipsa Lovecrafta. Film ten wzorowany jest co prawda na opowiadaniu „Kolor z przestworzy”, jednak stawia na autorską fabułę, która jedynie zapożycza elementy z twórczości mistrza grozy.

Głównym Bohaterem jest Amerykanin Stephen Reinhart, który przybywa do Wielkiej Brytanii by odwiedzić swoją ukochaną, Susan Witley. Na miejscu okazuje się, że tubylcy są bardzo wrogo nastawieni do owej familii i niezbyt kwapią się by pomóc Stephenowi w dotarciu do posiadłości. Nasz posiadający aparycję Borysa Szyca bohater musi więc kontynuować podróż pieszo. Sama rezydencja znajduje się w niezwykle zapuszczonym odludziu, które wytwarza aurę która wywołałaby wyraźny niepokój nawet u największego twardziela. Zmęczony Reinhart, gdy już przybywa na miejsce, nie zostaje jednak zbyt przyjemnie powitany, gdyż głowa rodziny, Nahum Witeley prosi go najgrzeczniej jak to tylko możliwe, żeby opuścił jego teren.

Czy ta fabuła nie brzmi znajomo? Jak to zauważył już Michał Mazgaj z bloga „Gabinet Zakurzonych Filmów” w swojej recenzji tego filmu (link), jest on bardzo, ale to bardzo podobny pod tym względem do „Zagłady domu Usherów” i bardzo ciężko jest nie przyznać Mu racji.  Rodzi się więc pytanie: Po co mam oglądać coś, co jest kalką innego filmu?

Pomijając totalny brak oryginalności, „Giń Stworze, giń” po prostu świetnie odnajduje się w gotyckiej konwencji i jest dość sprawnie zrealizowanym filmem. Mimo wtórności pomysłu ogląda się go bardzo dobrze i jakiekolwiek spoglądanie na zegarek nie wchodzi podczas seansu w grę.

Najbardziej znaną personą związaną z filmem jest Boris Karloff, który wcielił się w Nahuma i jak można się spodziewać po legendzie horroru, zagrał on naprawdę porządnie. Zresztą, cała reszta obsady również przesadnej wiochy nie robi, więc mogę ze spokojnym sumieniem napisać, że jest to jeden z tych filmów, które prawda nie są zbyt wysokobudżetowe, ale za to jak najbardziej porządnie zrealizowane.

Zachwyca przede wszystkim scenografia, która jest naprawdę bogata i na swój sposób urzekająca. Praktycznie każda lokacja ukazana w filmie biła we mnie urokiem oraz szczegółowością i wydaje mi się, że w tego typu filmie, czyli dość spokojnym horrorze, w którym znacząca część akcji poświęcona jest odkrywaniu tajemnicy związanej z ponurą rezydencją, jest to niezwykle ważne.

To porządna, klimatyczna produkcja którą obejrzałem z nieskrywanym zaciekawieniem pomimo swojego wyraźnego podobieństwa do „Zagłady domu Usherów”. Lovecrafiańskiego klimatu nie ma tutaj znowu aż tak wiele, ale myślę, że można przymknąć na to oko. Swoją droga, to Daniel Haller, reżyser tego filmu, pięć lat później nakręcił „Horror w Dunwich (Pisałem o nim wieki temu: link), który jednak już tak udanym filmem nie był.