Planeta burz


Towarzyszki i towarzysze! Możemy dziś z dumą ogłosić, iż wspólnymi siłami ludu radzieckiego, po raz pierwszy ludzka stopa będzie stąpać po planecie Wenus! To niewątpliwie wielki sukces radzieckiej myśli technicznej! Brzmi zaskakująco? Oczywiście! Każdy pewnie by obstawiał ekspansję sowietów na czerwonej planecie, ale najwyraźniej za ruskimi nie w sposób nadążyć. O przygodach radzieckich astronautów na Wenus opowiada film „Planeta burz” z 1962 roku w reżyserii Pavla Klushantseva i jest to zaskakująco dobry film Science-Fiction. Zapraszam.

Na Wenus zostają wysłane trzy radzieckie statki kosmiczne mające na zadaniu zbadanie planety. Niestety jeden z nich zalicza bardzo bliskie spotkanie z meteorytem i zostaje zniszczony, co teoretycznie powinno skutkować wstrzymaniem misji badawczej do czasu przybycia kolejnego statku. Nasi dzielni towarzysze postanawiają jednak nie tracić czasu i mimo braku dostatecznie licznego personelu lądują na Wenus by odkryć, że na planecie istnieje życie…prehistoryczne życie.
Seans „Planety burz” to przede wszystkim eksploracja, eksploracja oraz eksploracja. Czy wspominałem już o eksploracji? W końcu towarzysze astronauci to przede wszystkim naukowcy, którzy są łakomi wiedzy! 

Muszę przyznać, że w filmie zdecydowanie jest co oglądać i widać, że ruscy nie żałowali rubli na tą produkcję. Scenografia mocno urzeka i pewnie gdybym był małym Maszą w latach sześćdziesiątych to bym był skłonny uwierzyć, że ten film kręcili poza naszą orbitą. „Planeta burz” wygląda naprawdę super, zwłaszcza że twórcy nie wstydzą się pokazywać tego co jest w tego typu filmie najbardziej pożądane. Dostajemy więc dinozaury (zarówno te stąpające po lądzie, jak i latające), mordercze rośliny, poduszkowce, wybuchające wulkany i naprawdę świetnie wyglądającego, radzieckiego robota o swojsko brzmiącym imieniu…John! Ten film to naprawdę miła odmiana po starych produkcjach które ekscytujące są jedynie na plakacie i raczą widza niemalże wyłącznie siedzącymi w pomieszczeniu gadającymi kretynami.

W filmie rzecz jasna pojawiają się odniesienia do socjalizmu, zwłaszcza w wypowiedziach astronautów, ale na nasze szczęście nie ma tego przesadnie dużo i nie jest to znowuż aż tak irytujące…na pewno nie bardziej od typowego Hollywoodzkiego „USA to istny raj na Ziemi, państwo tak wspaniałe i fascynujące, że tylko nas chcą atakować kosmici”. Jeżeli kogoś to mimo wszystko przesadnie mierzi, to istnieje również inna wersja filmu, w której po ZSRR ani widu, ani słychu.

„Planeta burz” najwyraźniej spodobała się Rogerowi Cormanowi, który wykupił prawa do rozpowszechniania filmu na zachodzie. Tylko, jak to tak można?! Puszczać amerykanom filmy tych przeklętych komunistów?! Postarano się więc, by przeciętny widz ze Stanów nie domyślał się nawet, że ogląda film zza drugiej strony żelaznej kurtyny. Usunięto więc wszelkie odniesienia do socjalizmu, dokręcono parę scen z Basilem Rathbonem i Faith Domergue i wmówiono ludziom, że to są główne gwiazdy filmu, mimo że ich role nie są jakieś szczególnie wielkie. Podczas czołówki nie pada ani jedno rosyjskobrzmiące nazwisko, co jest moim zdaniem z deka chamskie, ale najwyraźniej wtedy nikt z tym nie miał problemu. Ta wersja filmu została wypuszczona w roku 1965 pod tytułem „Voyage to the Prehistoric Planet” i jest to niemalże identyczne doświadczenie co oglądanie oryginalnego filmu. Ewidentnie jednak widać, że ktoś przy nim (nieumiejętnie) grzebał, co trochę odbija się na jakości produkcji. Wydawało mi się też, że amerykańska wersja starała się być nieco mroczniejsza niż oryginał, co też jest raczej niepotrzebnym zabiegiem, ale może to tylko moje wrażenie.

Co ciekawe, to jeszcze nie koniec cyrku, bo film przerobiono ponownie w 1968 i wypuszczono jako „Voyage to the Planet of Prehistoric Women”. Za przedsięwzięcie zabrał się reżyser Peter Bogdanovich  i dokręcił do filmu sceny z kosmicznymi pięknościami, którym niby astronauci zabili  boga dinozaura. Wybaczcie mi, ale na tą wersję sił mi już zabrakło…

Oryginalną „Planetę burz” jednak jak najbardziej polecam wszystkim tym, którzy mają ciągoty w kierunku starego kina fantastycznonaukowego.  Oczywiście nieraz słowa to za mało i trzeba potencjalnego widza zachęcić w inny sposób. Obejrzyjcie więc teledysk grupy Snake Thursday, w którym chłopaki naprawdę porządnie łoją do fragmentów tego filmu. Ciao!



Jeżeli wam się podoba, to zajrzyjcie tutej: