House of Hammer: She- Fantastyczna przygoda z epoki kolonializmu


Ursulę Andress widzowie kojarzą głównie z roli Honey Rider, dziewczyny Bonda w Dr. No, pierwszym filmie z serii o najlepszym agencie jakiego kiedykolwiek miała królowa brytyjska. Scena w której wyłania się z morza w białym bikini zachwyciła wtedy mężczyzn w każdym wieku i z marszu ogłoszono aktorkę nową seksbombą. Chociaż Ursula pojawiła się później w wielu innych filmach, to już swojego pierwszego sukcesu nie powtórzyła. W latach sześćdziesiątych podpisała umowę z brytyjską wytwórnią Hammer Films Productions i owocem tej współpracy był wydany w 1965 roku „She”.

Akcja filmu toczy się w Palestynie, tuż po Wielkiej Wojnie. Poznajemy tam trzech brytyjczyków, Leo Vinceya, Majora Horace'a Holly'ego oraz Joba, którzy wyruszają w podróż w poszukiwaniu zaginionego miasta Kuma którym rządzi Ona, ta której trzeba być posłusznym, nieśmiertelna królowa Ayesha (Andress). Władczyni wydaje się być niezwykle zainteresowana Vinceyem…
Film jest oparty na powieści H.Ridera Haggarda pod tym samym tytułem. Wydana w 1886 roku „She: A History of Adventure” to obok „Kopalni Króla Salomona” jego najsłynniejsze dzieło, które świetnie wpisuje się w popularny wtedy w brytyjskiej literaturze imperializm. Historia zawarta w powieści była bardzo inspirująca i pierwsze adaptacje powstały już w czasach kina niemego. Opisywany przeze mnie film to bodajże siódma próba przeniesienia „She” na ekran. Czy udana?

Jak na kino przygodowe przystało, podczas seansu będziemy oglądali przede wszystkim ekspedycję herbaciarzy podczas której będą zmagali się z przedzieraniem się przez pustynie, czy też walką z arabskimi rozbójnikami, a także będzie nam dane dowiedzieć się jaką tajemnicę skrywa królowa Ayesha i co tak naprawdę łączy ją z głównym bohaterem. Kręcenie tego typu kina wiąże się oczywiście z kosztami, więc wytwórnia Hammer wydała na produkcję ponad 300,000 funtów, co było trzykrotnie większą sumą od większości ich budżetów. Mimo wszystko odnosiłem wrażenie, że scenografia wygląda zdecydowanie zbyt biednie i jest to najsłabszy element filmu. Pozytywne wrażenie ratuje jednak bardzo dobra, klimatyczna muzyka.

W „She” występują dwaj najważniejsi dla wytwórni aktorzy, czyli Christopher Lee i Peter Cushing. O ile ten pierwszy gra typową dla niego rolę złego charakteru, to Horace Holly w wykonaniu Cushinga to bardzo barwna postać, zdecydowanie żywsza i bardziej uśmiechnięta niż większość jego kreacji. Zdecydowanie miła odmiana. Co do zaś odtwórczyni głównej roli, to myślę, że świetnie odnajduje się w roli pięknej, nieśmiertelnej królowej, ale to bardziej kwestia posągowej urody Ursuli Andress, a nie talentu aktorskiego :).

„She” to zdecydowanie udana produkcja i chyba jedna z ciekawszych propozycji od wytwórni Hammer. Rozczarowuje nieco aspekt wizualny filmu , ale myślę, że jeśli skupimy się na klimacie i na całkiem ciekawej fabule, to będziemy się dobrze bawić.