A jednak żyje



Siedzisz w poczekalni na porodówce. Strasznie się wiercisz i co pięć minut musisz wychodzić by zapalić kolejnego peta. Pocisz się i myślisz o żonie. Pewnie lada chwila urodzi… Nagle słyszysz straszny hałas i krzyki. Biegniesz do Sali porodowej. Rozglądasz się i widzisz straszny burdel. Na środku Sali leży piekielnie przestraszona żona. Z boku leży poharatany lekarz. Pytasz się gdzie dziecko. Słyszysz: Nie ma. Wyszło.

Niemowlę ma zęby i pazury ostre jak u bestii, zachowanie zresztą podobne. Nie mija wiele czasu, a dowiadujesz się, że wszyscy wokół już zostali poinformowani, że twoja żona urodziła potwora...o zabójczych skłonnościach. Ludzie zaczynają ginąć, wszędzie zaczyna pałętać się policja, a życie twoje i twojej żony zamienia się w piekło.


Czy horror o zmutowanym niemowlaku mordercy może być udany? Czy to aby nie jest zbyt porąbane? Może kicz, pretendent do kategorii najgorsze i najgłupsze filmy świata? Otóż nie.
Horror w przypadku tego filmu, to jedynie forma, którą wybrano, by przekazać naprawdę trudną, życiową historię. „A jednak żyje” nie skupia się na dziecku mordującym dorosłych, a na rodzicach, którym zawala się cały świat.

Przypatrujemy się stanowi psychicznemu rodziny Davisów, matki która nie może sobie z tą sytuacją poradzić, ojca, który zaczyna odrzucać fakt, że jest ojcem małego potworka. Bohaterowie, a także całe otoczenie zaczyna się zastanawiać co z nimi jest nie tak. Czy popełnili jakiś błąd? Czemu to ich dziecko urodziło się inne? Wszystko wokół zaczyna się sypać. Frank Davis jest wysłany na przymusowy urlop, a Sharon musi odganiać się od tabloidowych harpii. 

I Wiecie co? Zmutowanego potworka można z tego filmu spokojnie wyciąć. Sens filmu pozostanie podobny. To historia o rodzinie, która przeżywa straszną tragedię, jaką są narodziny bardzo osobliwego dziecka. To, co przeżywa w filmie rodzina Davisów to właśnie najprawdziwszy horror, a nie żadne duchy i wilkołaki. 

Bardzo doceniam samą historię, ale nie bardzo przypadła mi do gustu bardzo specyficzna praca kamery, szczególnie widoczna w scenach z małym mordercą.  Wyznaję szczerze, męczyłem się, kręciłem nosem i cieszyłem się, że tych ujęć nie było aż tak wiele. 

Tak naprawdę to przy końcówce filmu dotarło do mnie z jak bardzo smutnym filmem miałem do czynienia.  Po obejrzeniu „It’s alive” zrobiło mi się autentycznie przykro i myślę, że to samo w sobie może być jakąś rekomendacją. Płacz! Płacz! Płacz, jak i ja płaczę!