Dom na przeklętym wzgórzu




Podobno nie ma takiej rzeczy, której ludzie by nie zrobili dla pieniędzy. Wszelkie odmowy, wątpliwości, lęki zdają się zanikać wraz z powiększającą się stawką. Zrobić z siebie idiotę? Nie ma sprawy. Zjeść coś obrzydliwego? Jak najbardziej. Spędzić noc w nawiedzonym domu? No...a niech to! Raz się żyje!



Na taki szalony pomysł wpada ekscentryczny milioner, Frederick Loren (Vincent Price), który wynajmuje dom na przeklętym wzgórzu, a następnie zaprasza kilku gości, którzy są zwabieni odpowiednią sumką. Widzicie, Loren wymyślił sobie, że każdy, kto wytrzyma do rana w posiadłości, dostanie od niego 10,000 dolarów. To jednak nie wszystko. Zrezygnować z noclegu można jedynie do północy. Później służący zamykają wszystkie drzwi i wyjeżdżają wraz z kluczami.


Choć tytuł sugeruje jednoznacznie, że mamy tutaj do czynienia z horrorem, to ja bym był bardziej skłonny uznać go za lekko kiczowaty dreszczowiec. To, czy dom jest nawiedzony nie jest tutaj oczywiste i bohaterowie przez większość czasu snują różne domysły, zastanawiają się, czy dziwne zdarzenia, których byli świadkami, nie są w rzeczywistości psikusami płatanymi przez gospodarza. Pojawiają się sympatie, antypatie, podejrzenia spisków, czyli mówiąc krótko, sam pomysł na film jest cud miód i orzeszki. 


Dość ważnym dla fabuły wątkiem są relacje Lorena z jego żoną, Anabelle. Wygląda to mniej więcej tak: On myśli, że ona chce go zabić, a ona myśli, że on chce ukatrupić ją. Piękne małżeństwo. No i ok, to jest w miarę ciekawe, ale jest więcej gości w nawiedzonym domu i szczerze mówiąc, to miałem ich kompletnie w dupie. To gromadka strasznie nieciekawie napisanych postaci i cały czas odnosiłem wrażenie, że nieco zmarnowano potencjał tej historii.


Nie pomagają w odbiorze pewne głupoty, takie jak np. fragment gdy Loren daje każdemu z gości po spluwie. No tak, siedzimy w nawiedzonym domu, to weźmy sobie po pistolecie „dla obrony”. Wręcza jedną sztukę również  żonce, po czym patrzy na nią wymownym wzrokiem. Huhu, kochanie, teraz będziesz miała mnie czym zabić, bo wiem, że chcesz to zrobić. Huhu…kurwa.


Z plusów wymienić mogę całkiem znośny klimat (Czuć w powietrzu tajemnicę, grozy jednak już wcale) i kilka przyjemnych Jump Scare’ów. A tak poza tym, to w moim odczuciu po prostu przeciętna pozycja w filmografii Vincenta Price’a. Oczywiście, jeśli pobuszujecie w internecie, to dowiecie się, że film jest bardzo dobrze oceniany, więc bardzo możliwe, że "Dom na przeklętym wzgórzu" spodoba się Wam bardziej niż mnie.