The Wizard of Gore


Lubicie iluzjonistów? Takich co pokazują sztuczki z kartami i wyciągają króliki z kapeluszy? Nie? Nuda powiadacie? A może znikające samochody, czy też wypełnianie pustych puszek po piwie świeżym napojem jednym ruchem ręki? To już lepsze, prawda? To co powiecie na prawdziwy hardcore w postaci…czarodzieja gore?


Tego przydomku używa iluzjonista Montag, którego sztuczki okraszone są sporą ilością krwi i wnętrzności. Przed każdym występem wygłasza mowę która ma na celu uświadomienie publiczności, że w ludzkiej naturze jest obcowanie z brutalnością i dlatego też, tak chętnie oglądają krwawe treści, chociażby w telewizji. Następnie Montag wybiera jedną przedstawicielkę płci pięknej z publiczności, po czym przechodzi do „czarów”. W repertuarze iluzjonisty są takie sztuczki jak: przecinanie człowieka piłą mechaniczną, wydłubywanie oczu i mózgu przez uszy, miażdzenie brzucha młotem, czy wpychanie  komuś szpady w gardło.

Ochotniczki krzyczą i drą się w niebogłosy gdy Montag grzebie im w wnętrznościach i co ciekawe nikt z publiczności nie protestuje, nie lamentuje, ani nie rzyga po kątach. Twardziele, czy ludzie bez serca? Who knows… Gdy już kontrowersyjny iluzjonista dostatecznie poprzewraca kobietom kiszki, to te nagle wracają do stanu sprzed spektaklu i jak gdyby nigdy nic wracają sobie na siedzenia. Magic!

Nie jest jednak tak wesoło, jak mogłoby się zdawać, gdyż kobiety po jakimś czasie giną „ponownie” i to z dokładnie takimi samymi ranami, jakie zadał im wcześniej iluzjonista. Rozpoczyna się śledztwo…

„Wizard of Gore” to dziecko Herschella Gordona Lewisa, faceta nazywanym często „Ojcem chrzestnym gore”. Był chyba pierwszym reżyserem, którego główną (i jedyną) ambicją było wywołanie wyraźnego dyskomfortu u widza.  Wraz z tą ideą w ramie w ramię szła straszna głupota tych filmów, jak i marność ich wykonania.  Już po samym opisie fabuły widzicie zresztą, że jest to przede wszystkim kino spod znaku paździerza.

Nie trzeba też fantazyjnego umysłu godnego mistrza Tolkiena, by wyobrazić sobie jak mogą wyglądać brutalne efekty specjalne u reżysera tej klasy w 1970 roku.  Wnętrzności kobiet masakrowanych przez iluzjonistę to w rzeczywistości  bebechy dwóch owiec, które przez 2 tygodnie były trzymane w jakimś świństwie, by aż tak przesadnie nie gniły. Wyobraźcie sobie, jak cudownie musi wyglądać portfolio „aktorki”, której największym osiągnięciem w karierze jest leżenie na stole z brzuchem obładowanym owczymi bebechami, które masuje jakiś stary oblech. Niiiiice!

Oczywiście film przesadnie ciekawy nie jest i jedyną rzeczą, która potrafi choć odrobinę przykuć uwagę widza są tandetne efekty gore. W tej chwili, gdy już jako tako opisałem, co się obrzydliwego wyprawia w tym filmie, to nie zostaje mi chyba nic, na co warto by poświęcić choćby dwóch linijek tekstu. Serio. I co tu dużo czarować. Obejrzałem, bo miałem ochotę na jakieś beznadziejne i popierdolone gówno.  Film dla ludzi o specjalnych potrzebach.