Elza- Strażniczka haremu


Pamiętacie Elzę? Komendantkę obozu koncentracyjnego, która ze szczególnym upodobaniem torturowała kobiety i była przy okazji strasznie niewyżyta seksualnie? No jak jej nie pamiętać…Film „Elza- Wilczyca z SS” cieszył się tak dużym zainteresowaniem, że najzwyczajniejszym na świecie marnotrawstwem byłoby nie nakręcenie kontynuacji.

Co jednak zrobić, gdy film stanowi zamkniętą historię? Najlepiej się tym nie przejmować, w końcu…czy Elzę oglądało się dla fabuły? Skądże znowu! Z tego też powodu postanowiono, że kolejne filmy łączyć będzie aktorka Dyanne Thorne, której bohaterka za każdym razem będzie torturować więźniów w innym miejscu. W drugim filmie z serii, Elza jest więc nadzorczynią haremu należącego do szejka Sharifa.

Wiedzcie też, że Sharif nie trzyma całego tabunu kobiet tylko dla siebie. Zajmuje się on handlem, a Elza z wielką starannością dogląda całego interesu. Odbiera ona przesyłki z porwanymi kobietami, nadzoruje ich „edukację” związaną z zadowalaniem mężczyzn i dba o ich odpowiedni wygląd.

Chorowitym i okaleczonym dziewczętom ukrywa się mankamenty, tym bardziej płaskim wstrzykuje na żywca w pośladki silikon, a niektóre są przymuszane do jedzenia brutalnymi metodami, po to, by roztyć je do monstrualnych rozmiarów. Jak widać, dla klienta można zrobić bardzo wiele. 

Handlem kobietami  przez szejka interesuje się Amerykański wywiad, który wysyła swojego agenta, by uwiódł Elzę i zebrał odpowiednie informacje. Czy strażniczka podda się urokowi Amerykanina?

Klimat, rzecz jasna, różni się nieco od oryginalnego filmu, ale zamysł pozostaje bardzo podobny. Nadal otrzymujemy erotycznie zabarwione kino, którego głównym celem jest wywołanie dyskomfortu u widza. I to faktycznie się udaje. Moją główną myślą podczas seansu było: „Ty chory pojebie, czemu tego jeszcze nie wyłączyłeś?”.

Można oczywiście się przyczepić, że to odgrzany kotlet i „Strażniczka Haremu” różni się od „Wilczycy z SS” tylko miejscem akcji i innymi scenami tortur, ale z drugiej strony…czy jednak mimo wszystko nie tego się oczekuje odpalając taki film? Pewnie gdybym odpalił te oryginał i sequel  jeden po drugim, to może by to nieco kuło w oczy, ale jako, że Wilczycę oglądałem ostatnio dość dawno temu, to większego problemu z tym nie miałem.

No i co tutaj dużo czarować…jeżeli komuś się „Wilczyca” podobała, to i pewnie na „Strażniczkę Haremu” się rzuci, a tym co wrażliwszym oraz lubującym się w nieco ambitniejszym kinie niech wystarczy świadomość, że takie „cuś” istnieje. Ciao!