czwartek, 29 października 2015

Mark of the Devil


Gdy „Witchfinder General” z Vincentem Pricem okazał się być produkcją udana i przynoszącą w  miarę zadowalające zyski, pewnikiem było to, że wkrótce pojawią się kolejne filmy o polowaniach na czarownice. Jakieś dwa lata po premierze „Witchfindera”, w ojczyźnie Goethego powstał „Mark of the Devil”, który opowiada podobną historię, jednak z dużo większą dawką brutalności.


Centralną postacią filmu jest Christian von Meruh (W tej roli Udo Kier. Gdy był młody wyglądał jak laleczka), szlachcic szkolący się na łowcę czarownic pod czujnym okiem Lorda Cumberlanda gdzieś na terenach osiemnastowiecznej Austrii. Czasy to były bardzo nieciekawe, zwłaszcza, że można było spłonąć na stosie z byle powodu. Christian pewnie zostałby rewelacyjnym łowcą czarownic, gdyby nie to, że zakochuje się w Vanessie, dziewczynie z oberży, która została niesłusznie posądzona o uprawianie czarów. No cóż, zawsze myślałem, że miłość rozum człowiekowi odbiera, a nie skłania do refleksji. Taka niespodzianka!


Przekaz „Mark of the Devil” jest prosty: Kościół to opresyjna instytucja, która pod przykrywką służby Bożej mami ludzi i bogaci się kosztem innych. Przedstawiono to co prawda dość tendencyjnie, ale niczego innego bym się nie spodziewał.



Fabuła filmu jest dość prosta i w sumie nie ma się czym zachwycać pod tym względem. „Mark of the Devil” zostało zapamiętane przede wszystkim ze względu na totalne pójście po bandzie i przedstawienie tortur nieszczęśników oskarżonych o czary tak dosadnie, jak tylko się da. Niemcy nie znają takiego słowa jak delikatność, więc liczcie się z tym, że faktycznie podczas seansu zaczyna robić się nieprzyjemnie (Scena w której wyrywają babeczce język obcęgami to nic miłego dla oka). 



Swoją drogą, to film miał niezłą akcję promocyjną i każdemu, kto postanowił wybrać się na to dzieło do kina dawano torebkę na wymioty. Świetna sprawa. Ludzie o słabym żołądku wymiotują na tym filmie podczas scen tortur, a cała reszta na widok laleczkowatego Kiera.



„Mark of the Devil” daleko, rzecz jasna, do świetnego „Witchfindera”, ale jako substytut zdecydowanie się sprawdza. Film przede wszystkim nie przynudza i nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że seans należał do tych bardziej udanych. Dla fanów kostiumowych klimatów w sam raz.