House of Hammer: Nieumarli niewolnicy w służbie okrutnego kapłana voodoo. Plaga Zombie nadciąga.



Dobry wieczór. Chciałbym napisać, że mam dość.  Mam już powoli dość  tematyki zombie. Jeszcze w czasach, gdy byłem smarkiem i truposze kojarzyły mi się głównie z „Nocą Żywych Trupów”( Przede wszystkim z wersją Toma Saviniego. Oryginał obejrzałem dopiero wtedy, gdy dowiedziałem się, że mogę nareszcie wypierdolić swój modem do śmietnika.) to zombie kojarzyły mi się całkiem dobrze i generalnie nadal, gdy mam do czynienia w filmie z powolną hordą, której jedynym celem jest (nie)żyć i żreć to jestem w miarę zadowolony. Pewnie też dlatego swego czasu oglądałem z uporem maniaka serial „The Walking Dead”, który jednak dość klasycznie ( W Romerowskim rozumieniu pojęcia zombie) przedstawiał truposze. Chociaż w późniejszym czasie serial oglądałem bardziej już z przyzwyczajenia i ostatecznie porzuciłem śledzenie dalszych losów bohaterów, to muszę jednak podziękować temu tworowi za to, że dzięki niemu zapoznałem się z komiksem. 

Jeżeli chodzi o inne współczesne filmy, to trochę krzywiłem, gdy pomyślałem o tym, że zombie mogą zapierdalać jak w „28 dni później”, czy „World War Z”(Na podstawie książki Maxa Brooksa, który wcześniej napisał poradnik o tym, jak radzić w przypadku apokalipsy zombie. I tak, to syn tego Brooksa od „Młodego Frankensteina” i „Płonących Siodeł”.) Nie mogłem się nadziwić czemu ktoś do powieści „Duma i Uprzedzenie” dopisał zombie i jeszcze bardziej wybałuszałem oczy, gdy dowiedziałem się, że chodzące zwłoki da się zniewieścieć tak jak wampiry i napisać o nich love story (Warm Bodies).  Wszystkiego dopełniła moja wizyta u ciotki, której córa cały czas bawiła się lalką…lalką zombie(Wpiszcie sobie Monster High w goglach. Ostrzegam tylko, że design może spowodować odruchy wymiotne.). W każdym razie, wtedy zdałem sobie sprawę, że pora się zatrzymać, przyznać, że my, jako ludzkość spierdoliliśmy tematykę i należy wykonać parę kroków wstecz, czyli po prostu zabrać się za stare, dobre kino.

Sięgając po starocie człowiek przynajmniej przypomina sobie, że oryginalnie zombie to nie są żadne truposze, które jedzą ludzkie mięso i  które kręcą się po centrum handlowym niczym  znudzeni nastolatkowie podczas ferii zimowych, a odurzeni przez kapłana voodoo nieszczęśnicy, którzy pozbawieni wolnej woli  wykonywali rozkazy swojego pana. W taki sposób przedstawiano tematykę chociażby w kultowym (i pierwszym poruszającym tą tematykę) „White Zombie” z 1932 roku, gdzie świetny Bela Lugosi narzucał swoją wolę innym ludziom splątując przy tym w charakterystyczny sposób swoje dłonie.


Podobnie do tematu podchodzi Hammerowski „The Plague of Zombies” z 1966 roku (2 lata przed „Nocą Żywych Trupów” Romero), gdzie co prawda tytułowe Zombie  są już jak najbardziej trupami ( i to nawet całkiem przyjemnymi dla oka), ale nadal są to posłuszni kapłanowi słudzy, którzy ani myślą wałęsać się bez celu po lesie i wyjadać ludziom mózgi. Żywe trupy wykorzystywane są tutaj jako tania siła robocza, która pracuje w na pozór opuszczonej kopalni nieopodal wioski Cornish. Oczywiście, gdy w zastraszającym tempie zaczynają umierać ludzie ( którzy mają być materiałem na martwych sługusów ), to lokalna, zabobonna społeczność zaczyna podejrzewać plagę. W najgorszej sytuacji postawiony jest miejscowy lekarz, Peter Tompson, którego oskarża się o nie wykonywanie  swojej roboty dostatecznie dobrze. Zgnębiony doktor wzywa więc na pomoc swojego mentora Jamesa Forbesa, by pomógł mu odkryć przyczynę nagłych zgonów. Tropy prowadzą do miejscowego włodarza, Clive’a Hamilltona, który znaczną część swojego życia spędził na Haiti…


W ramach oszczędności „The Plague of Zombies” kręcono w tym czasie co „Kobieta Wąż”. Z tego też powodu, jeżeli oglądaliście już poprzedni film, to ta pozycja będzie wydawała się bardzo znajoma. Nie tylko pojawiają się tu znane z tamtej pozycji twarze (Jacqueline Pearce i Michael Ripper), ale także wykorzystywano tą samą scenografię. Oczywiście, gdybyśmy oglądali  oba filmy jeden po drugim, to bez wątpienia byśmy ten fakt zauważyli, ale decydenci w wytwórni Hammer mieli łeb na karku i z tego też powodu „The Plague of Zombies” puszczano w niektórych kinach w ramach „double-feature” przed „Dracula: Książę Ciemności”, zaś „Kobieta Wąż” towarzyszyła filmowi „Rasputin: The Mad Monk”(Który też miał łączony budżet. Z wcześniej wspomnianym Draculą.). Zresztą, kwestie produkcyjne to moim  zdaniem nie jedyne, co łączy te filmy, bo nietrudno zauważyć, że w obu przypadkach zło które nakręca fabułę ma pochodzenie z zewnętrz. Biedni angielscy wieśniacy są w końcu gnębieni przez siły, które bogaci lordowie przypałętali ze sobą po podróżach po świecie. No a jak tu się nie bać czegoś, co jest zdecydowanie nam obce kulturowo?

Najważniejsze pytanie brzmi jednak: Panie, a czy to się dobrze ogląda? A odpowiedź na to jest banalna. Rewelacyjnie.  Odświeżyłem sobie ten film już kilka razy i raz za razem daję ponieść się mrocznej atmosferze(sprawdźcie scenę koszmaru.) tego Hammera. Cholera, skłamałbym, gdybym nie napisał, że jeżelibym skompilował swój osobisty ranking ulubionych hammer horrorów to „Plague of Zombies” zdecydowanie by się tam znalazł. Narzekać z kolei, to ja mogę wyłącznie na to, że przepięknej Jacqueline Pearce było mi w filmie zdecydowanie za mało.



Seans „The Plague of Zombies” po dzisiejszym popkulturowym zalewie tematyki zombie jest jak porządny klin wypity po całonocnym chlaniu parszywych drinków. I jedyne co mam tutaj do dodania: Panie, od dzisiaj tylko bimber!