sobota, 13 lutego 2016

House of Hammer: Strzeżcie się okultystów. Kilka zdań o The Devil Rides Out z 1968 roku.

Komnata by nie była Komnatą, gdybym nie zdecydował się znowu pisać o filmie spod rąk czarodziejów z wytwórni  Hammer. Sprawdzając możliwe do opisania na łamach bloga filmy zdałem sobie sprawę (nie po raz pierwszy zresztą) jakim jestem okropnym kaszaniarzem, bo w końcu, jak można egzystować w sieci i pisać o Hammerach nie wspominając przy tym o perełce, którą niewątpliwie jest „The Devil Rides Out”? Pozwólcie więc, że nadrobię to potworne zaniedbanie.



„The Devil Rides Out” to okultystyczny horror dziejący się w latach 30 XX wieku, którego scenariusz powstał na podstawie powieści Denisa Wheatleya o tym samym tytule. Reżyserią zajął się Terence Fisher (co jest rekomendacją samą w sobie), zaś główną rolę zagrał sir Christopher Lee.

Jego Bohater, Nicolas de Richleau, wraz ze swoim kompanem Rexem, postanawia odwiedzić syna zmarłego przed laty przyjaciela. Gdy już panowie przybywają na miejsce, okazuje się, że chłopak wyprawia przyjęcie dla tajemniczego stowarzyszenia którego od niedawna jest członkiem. Niestety, z racji nie posiadania członkostwa, nasi bohaterowie są bardzo pośpiesznie wyproszeni z posiadłości. De Richleau od razu zauważa, że coś jest nie tak i postanawia przyjrzeć się całej sprawie. Z racji posiadania rozległej wiedzy o czarnej magii szybko rozpoznaje on, że Simon (bo tak nazywa się ów młodzian) wplątał się w towarzystwo satanistów. Rzecz jasna, jak na dobrych przyjaciół przystało, Nicolas i Rex zamierzają wyrwać chłopaka (a przy okazji również inną młodą okultystkę o imieniu Tanith) z satanistycznego kręgu dowodzonego przez demonicznego Mocatę (świetny Charles Gray).


Obsadzany przede wszystkim w rolach monstrów i złoczyńców Lee dostał okazję zabłysnąć jako bohater pozytywny (Coś, co zdarzało mu się nieczęsto) i zdecydowanie dał z siebie wszystko.  Mądry i kierujący się poczuciem sprawiedliwości de Richleau natychmiastowo zaskarbił sobie moją sympatię i bez dłuższego zastanawiania się mógłbym wskazać tą rolę jako jedną z moich ulubionych, jeżeli chodzi o bogaty dorobek Christophera Lee. Towarzyszem naszego bohatera jest Rex Van Ryn (Leon Greene), dobrany jakby na zasadzie kontrastu. Facet niewtajemniczony w arkana magii, nie do końca rozumiejący co się dzieje wokół, ale za to jak najbardziej poczciwy i przede wszystkim człowiek czynu.


W „The Devil Rides Out” akcja zaczyna się naprawdę szybko i już później nie zwalnia. Dzieję się tu naprawdę sporo, zaczynając od złych, zezowatych duchów, po scenę pościgu dwóch automobili, olbrzymiego pająka, czy nawet spotkania z (bardzo przyjemnie wyglądającym) diabłem.


Seans filmu mija błyskawicznie i co najważniejsze, aż chce się go powtórzyć. „The Devil Rides Out” to jeden z najlepszych tworów wytwórni i pozycja obowiązkowa dla fanów Brytyjskiego horroru.