wtorek, 23 lutego 2016

Fuma Italia: The Whip and the Body



Zbliża się wieczór. Pochmurne niebo zwiastuje nie tylko nadciągającą burzę, lecz także serię wywołujących ciarki na plecach zdarzeń.  Do wielkiego zamczyska, które podobnie jak w „Pit and the Pendulum” Cormana położone jest gdzieś na samotnym wzgórzu rozpościerającym się niedaleko szumiącego morza, pośpiesznie zmierza pewien tajemniczy gość.


Na imię mu Kurt Menliff, szlachcic znany ze swego okrucieństwa, który przed laty został wygnany i obdarty ze swego tytułu z powodu swojego niegodnego postępowania. Przybywa on do swojego rodzinnego domu, by odzyskać swoje dawne przywileje i jak nietrudno się domyślić, jego wizyta jest nie w smak pozostałym rezydentom zamku. Pogardzany przez wszystkich Kurt nie gości zatem zbyt długo. Nie opuszcza on jednak włości na koniu, lecz w trumnie i bynajmniej nie przynosi to ulgi rodowi Menliff.  Nie wiadomo bowiem, kto dopuścił się morderstwa (a każdy zdaje się mieć motyw), zaś w komnatach i korytarzach zaczynają być słyszalne trzaski bicza, nieodłącznego atrybutu sadystycznego szlachcica.


Reżyser Mario Bava zaprasza nas do czarującej, ale również i porażającej historii, która znajduje się gdzieś na granicach gotyckiego ghost story, a kryminału. Mówi się, że Bava otrzymał propozycję wyreżyserowania tego filmu po komercyjnym sukcesie wspomnianego już wcześniej „Pit and the Pendulum” i miał na zadaniu stworzenie dzieła w podobnej konwencji. Pewne podobieństwa rzecz jasna są, jak np. samo miejsce umieszczenie akcji, czy fakt, że śledzimy losy rodu, nad którym wisi w powietrzu widmo tragedii, ale Bava był reżyserem tak wyrazistym, że jego dzieło ma zdecydowanie swój własny urok.


Człowiek, który nie miał przyjemności obcowania ze starym kinem grozy, zwłaszcza tym z Włoch może mieć problemy ze zrozumieniem jak można zestawić ze sobą słowa horror i piękno, a właśnie taką mieszanką filmy takie jak „The Whip and the Body” są. Zachwycają odrealnioną atmosferą, rodem z baśni albo koszmaru sennego, który wciąga tak, że nie chcemy się z niego wybudzić. Taki efekt Mario Bava uzyskuje chociażby swoim mocnym, kontrastowym oświetleniem (w którym dominuje przede wszystkim silny błękit) oraz urzekającą ścieżką dźwiękową. Motyw przewodni filmu dosłownie wyrył mi się w głowie. Prawdziwy majstersztyk.

Nie można jednak powiedzieć, że ten film to tylko ładna wydmuszka, pozbawiona innych, wyróżniających ten tytuł cech. „The Whip and the Body” jest przede wszystkim, jak na tamte czasy, bardzo odważnym filmem, w którym pojawiają się wątki przedstawiające patologiczną miłosną relację. Gdy tylko widzimy na ekranie spotkanie Kurta z Nevenką, żoną jego brata, to od razu zauważamy, że istnieje między nimi pewna zażyłość. Dawno temu, gdy Kurt był jeszcze mieszkańcem zamku, byli oni kochankami i to zdecydowanie wychodzącymi poza ramy tanich romansideł dla gospodyń domowych, gdzie wszystko kończy się długo i szczęśliwie. Miłosne uniesienia Kurta i Nevenki nie należały do przesadnie nudnych, szlachcic bowiem bardzo ochoczo traktował swoją ukochaną tytułowym biczem, a ta na przemian wykręcała się z bólu i z rozkoszy.


Rolę Kurta otrzymał Christopher Lee, który w tamtym okresie mieszkał w kontynentalnej części Europy, co zaowocowało kilkoma produkcjami z Niemiec i Włoch.  Zaangażowanie aktora, który był współodpowiedzialny za boom na gotycki horror w słonecznej Italii ( No bo seriously, jak można nie kochać Hammer Horrorów? To oczywiste, że Włosi załapali bakcyla.) w projekt Bavy musiał być w tym czasie strzałem w dziesiątkę. Faktycznie, Lee rewelacyjnie oddaje sadyzm swojego bohatera i jednocześnie nadaje mu niesamowitej charyzmy. Kurt nie pojawia się w filmie przesadnie długo, ale jest siłą, która popycha fabułę do przodu i zdecydowanie pozostawia po sobie niesamowite wrażenie. Co ciekawe, Christopher Lee podczas udźwiękowiania filmu był już poza Włochami, więc zatrudniono innego aktora, który podłożył za jego bohatera głos. O dziwo tragedii nie ma. Facet, któremu powierzono robotę robił co mógł, by brzmieć jak Christopher.  


Wracając jednak do biczowania w filmie. Jest rok 1963 i jak pewnie się domyślacie, przedstawienie sadomasochistycznego związku musi się wiązać z pewnym ryzykiem dla filmowców. O ile we Włoszech udało się początkowo uniknąć cięć, to i tak wszczęto postępowanie prawne przeciwko producentowi, jako że uznano film za obsceniczny. Facetowi się co prawda upiekło, ale z „The Whip and the Body” ostatecznie wycięto sceny nawiązujące do sadomasochizmu pary, co wykastrowało film nie tylko z mocy, jak i z sensu, wątek ten bowiem jest dość znaczący dla fabuły filmu. Film w takiej formie trafił do Wielkiej Brytanii i USA, czyli uderzono do największej, ale też zdecydowanie dużo bardziej pruderyjnej widowni, więc bez wątpienia i tak zostałby brutalnie potraktowany nożyczkami.

Na szczęście w dzisiejszych czasach, gdy film jest dostępny na rynkach Blu-ray i DVD możemy się cieszyć niepociętą przez cenzurę wersją. Ja w każdym razie jestem oczarowany i jak najbardziej zachęcam Was do poddania się urokowi tej produkcji.