środa, 29 czerwca 2016

Fuma Italia: Phenomena



O Dario Argento pisano wiele razy. Jeden z najbardziej reprezentatywnych włoskich reżyserów kina grozy, dziś może pozbawiony dawnej iskry, jednak nadal wspominany z rozrzewnieniem i szanowany przez fanów horrorów i thrillerów, chociażby za takie filmy jak Profondo Rosso, czy Suspiria. Ten drugi film zresztą, chyba najbardziej doceniany w karierze reżysera, był jednym z tych tytułów, dzięki którym powróciło po kilku latach moje zainteresowanie horrorem i to z potrojoną siłą.


Moim zachwytom nie było końca i w momencie, gdy wpadłem na ten mój głupi pomysł, by założyć bloga, to chęć napisania laurki dla tego filmu była tak potężna, że tekst powstał praktycznie z marszu. Nigdy się na łamach Komnaty nie ukazał, bo jakimś magicznym sposobem wyparował mi z twardego dysku i nieco tym faktem zniechęcony, postanowiłem na chwilę dać sobie z tym wszystkim spokój.




Dzisiaj jednak cieszę się, że tekst przepadł, bo po pierwsze, wtedy tak naprawdę gówno wiedziałem o włoszczyźnie (i tak po prawdzie, to nadal wiem niewiele), a po drugie była to naprawdę marna grafomania, zdecydowanie niepotrzebna, zwłaszcza że o tym filmie napisano już naprawdę sporo.


W międzyczasie zacząłem poznawać inne filmy reżysera i powoli uwagę moją zaczęło przykuwać inne dziecko Argento - Phenomena i przyznaję się, że, choć trochę to trwało, to na dzień dzisiejszy jestem w tym filmie zakochany. Bo jeżeli Suspiria jest córką, która zniewalała wielu już od pierwszego wejrzenia, to jej młodsza siostra była przez wielu uznawana za tą mniej atrakcyjną. Jedynie niewielka część adoratorów siostry, która zdecydowała się na ponowne zerknięcie w stronę Phenomeny, dostrzegła w niej hipnotyzujące piękno.



Film zresztą zaczyna się podobnie jak Suspiria: Młoda amerykanka zostaje wysłana do europejskiej szkoły z internatem. Dość szybko dowiaduje się, że w okolicach placówki mordowane są uczennice i jej samej grozi niebezpieczeństwo. Bohaterka postanawia więc wziąć sprawy w swoje ręce i rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw.


Czuć tu też pewne podobieństwo w atmosferze. Jasne, Phenomena nie należy do tzw. "Trylogii Trzech Matek", nie korzysta z mocno inspirowanej Bavą witrażowej kolorystyki, a nade wszystko nie pojawia się tu motyw czarownicy jako zła nawiedzającego ten świat. Nietrudno jednak zauważyć, że po nieco bardziej przyziemnym, giallowskim Tenebre, Phenomena jest powrotem do Argentowskiej mrocznej baśni dla dorosłego widza, a że w baśniach wszystko może się zdarzyć, pozbawia się nas aroganckiego przekonania, że doskonale wiemy, co się za chwilę wydarzy.



W końcu nikt może posądzić Argento o sztampę, gdy obdarza mocami, które umożliwiają jej telepatyczne komunikowanie się z owadami. Insekty, a także przesympatyczny entomolog dr John McGregor (rewelacyjny Donald Pleasence) pomogą bohaterce w odnalezieniu mordercy. Brzmi ciekawie? To dobrze, bo niesamowitości jest jeszcze więcej.

Reżyser już podczas pracy nad Suspirią chciał, by do jego filmu zaangażowano bardzo młode aktorki, jeszcze niewinne, we wczesnym stadium okresu dojrzewania i postawić je przeciwko okrucieństwom jeszcze nie do końca poznanego świata dorosłych. Przedstawianie jednak w filmie przemocy wobec nieletnich dziewcząt było pomysłem bardzo kontrowersyjnym, mogącym zaprzepaścić szanse produkcji na wydanie za granicą. Wtedy więc Dario odpuścił, ale swój pomysł zrealizował właśnie podczas kręcenia Phenomeny.



Sergio Leone, wiedząc, że Argento poszukuje bardzo młodej aktorki do swojego nowego filmu, postanowił podzielić fragmentami z jeszcze wtedy niedokończonego Dawno temu w Ameryce, gdzie epizod grała bardzo obiecująca Jennifer Connelly, wtedy zaledwie trzynastoletnia. Zachwycony potencjałem aktoreczki, jak najszybciej pojechał do Stanów, by zaproponować jej pierwszą główną rolę. Świetny start, choć i tak masowa publika odkryła aktorkę dopiero rok później, gdy zagrała u boku Davida Bowie w Labiryncie Jima Hensona.

Czasami odnoszę wrażenie, że tworząc Phenomenę Argento chciał sprawdzić ile może sobie pozwolić z widzem, ile jest w stanie w jednej produkcji zmieścić dziwactw i nadal stworzyć spójne i strawne w odbiorze dzieło. I choć faktycznie czasami niebezpiecznie zbliża się do przekroczenia granicy dobrego smaku i rozsądku (najdłuższy kabel telefoniczny na świecie albo uderz się dwa razy w dłoń, a połamiesz sobie palce i będziesz mógł bez większego wysiłku wyślizgnąć się z kajdanek) to i tak przy całym szaleństwie, które się nam serwuje, dostrzeżemy przede wszystkim ciekawy i dobrze zrealizowany film, a nie tylko ekstrawagancką ciekawostkę.






W końcu tylko głupiec nie jest w stanie docenić, chociażby świetnych zdjęć i pięknych szwajcarskich plenerów, którymi raczy nas film. Trudno też nie być pod wrażeniem pracy ekipy od efektów specjalnych, Sergio Stivalletiego, który wykonał dla filmu naprawdę porządnie wyglądające efekty gore, czy Luigi Cozziego, który stawał na głowie, by historia, w której niezwykle ważną rolę odgrywają owady wypadła wystarczająco przekonująco.


Ekipa musiała więc wyhodować swoje własne, filmowe muchy, których było tysiące. Większość filmu nakręcono w lecie, ale dogrywanie odpowiednich scen odbywało się już jesienią i panowie musieli zadbać o odpowiednie warunki dla larw, by te się wykluły. I teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: Wchodzicie do teatru, a tam nie dość, że cholernie ciepło, to jeszcze czujecie okropny fetor, który powoduje w was silne odruchy wymiotne. Zastanawiacie się, co tak cuchnie? To tylko porozrzucane gnijące mięso, ot, żeby larwy miały co żreć. I to wszystko do nakręcenia dwóch scen.





Oczywiście, prawdziwe muchy można było wykorzystać w scenach, gdzie trzeba było pokazać przerażające ilości owadów w jednym miejscu. Nie nadawały się jednak do bardziej skomplikowanych scen. Można co prawda muchę zwabić odpowiednią ilością miodu, jednak nie w sposób zmusić owada do konkretnego zachowania. Dlatego też w niektórych scenach to, co widzimy na ekranie, to zwyczajna, animowana kropka, prymitywnie wyglądająca, ale zdecydowanie spełniająca swoje zadanie.


Najciekawszy jednak efekt wykorzystano jednak do sceny, gdy rój owadów atakuje szkołę, do której uczęszcza Jennifer. Cozzi pomysł na zrealizowanie tego fragmentu pożyczył z The Swarm Irmina Allena, gdzie do stworzenia iluzji przerażającej ilości owadów wykorzystano granulaty kawy. Nakręcone rozsypywanie kawy można było później nałożyć na zdjęcia i wykorzystać w filmie. Cholernie tanie i tak proste, że aż genialne.





Muzyka to też ciekawa sprawa, bo chociaż (świetny! ) motyw główny i kilka pomniejszych fragmentów skomponował częsty współpracownik Argento, Claudio Simonetti z Goblin, to wyjątkowo dla filmów reżysera, nie mamy tu do czynienia z jednolitym soundtrackiem stworzonym przez jednego twórcę, czy zespół. Dario postanowił wykorzystać do swojego filmu utwory heavy metalowe i tak czasami podczas seansu przygrywa nam Iron Maiden, czy Motorhead. Jest to też chyba najbardziej krytykowany aspekt produkcji i nie dlatego, że ludziom tak bardzo przeszkadza heavy metal, co to, to nie.


Problem leży w beznadziejnym umieszczeniu tych utworów, zupełnie niepasującym do tego, co aktualnie dzieje się w filmie. Umówmy się: szybki, energiczny Locomotive od Motorhead nie najlepiej komponuje się ze sceną, gdzie inspektor policji ucina sobie pogawędkę z psychiatrą i panowie powolnym krokiem spacerują sobie po zakładzie, podczas gdy w tle świętej już pamięci Lemmy próbuje wykrzyczeć swoją duszę z ciała.





I jasne, można sobie pomyśleć: Co ten cholerny Włoch miał w głowie, że się na to zdecydował? Pewnie po prostu to, że to dobry chwyt marketingowy: obejrzyj sobie dobry horror, przygrywają do niego duże kapele heavy metalowe. Będzie dobry seans, co nie? I pewnie, jest, ale nie ze względu na podjęte tutaj decyzje związane z podkładem muzycznym. To taka fanaberia, mały niewypał, który, choć nieco drażni, nie niszczy całego obrazu.


A skoro już jesteśmy przy temacie „uatrakcyjniania” filmu dla zagranicznego widza, to w Stanach (oczywiście) musieli dokonać cięć, zarówno niektórych scen gore, jak i kilku wolniejszych fragmentów, by nadać filmowi tempa. Ostatecznie z Phenomeny (którą przemianowano na nudne Creepers) wycięto grubo ponad 20 minut materiału.





Czy film tego potrzebował? Według mnie nie bardzo, choć prawdą jest to, że większość prawie dwugodzinnego seansu jest raczej stonowana. Reżyser powoli dawkuje emocje, jedynie czasami uwalnia swoją „baśń” do taśmy filmowej, by w ostatnich dwudziestu minutach uwolnić całą esencję szaleństwa i horroru. Trochę jak obgryzanie delicji z ciasta tylko po to, by na koniec zostawić sobie galaretkę.


Co ciekawe, film musiał sobie naprawdę nieźle poradzić na rynku azjatyckim i przeglądając w Internecie grafiki dotyczące filmu, dość często można natrafić na plakaty pochodzące z Japonii i Korei. Japończycy zresztą bardzo zainspirowali się Phenomeną przy tworzeniu survival horrorów z serii Clock Tower. Ilość podobieństw, szczególnie w pierwszej części (wydana na SNES, pojawiła się też wersja na PSX i PC) do filmu jest zatrważająca.




Statusu takiego jak wcześniejsze filmy Argento Phenomena jednak nie uzyskała i gdzieś tam nadal się przebijają głosy, że jest to jeden ze słabszych filmów reżysera. I wiecie co? Pieprzyć takie opinie. Phenomena to jeden z tych filmów, które wrastają w człowieka z czasem. Może, choć nie musi, spodobać się podczas pierwszego seansu, ale wraz z kolejnym seansem przemawia coraz bardziej i bardziej. Dziś już nie pamiętam, ile razy obejrzałem ten film, zamiast poznać coś nowego, nadrobić inne kinowe zaległości. Wiem tylko, że jest to mój ulubiony film od Argento i pozwólcie, że tymi słowami zakończę tę laurkę.