Wampirzyce lesbijki: kobiety wyzwolone kina grozy




Z całego możliwego bestiariusza znanego nam ze świata horroru, wampiry zdają się być tym najbardziej osobliwym. W odróżnieniu od reszty groźnych istot, nie wzbudza początkowo swoim wyglądem strachu i nie powoduje, że potencjalna ofiara ucieka gdzie pieprz rośnie (choć i znajdzie się wyjątek, słynny Hrabia Orlock, tytułowy Nosferatu był wyjątkowo paskudny). O nie, wampir emanuje klasą, wzbudza respekt i potrafi sprawić, że ofiara podda się jego woli, być może po części za sprawką swojego uroku, a być może za pomocą diabelskich sztuczek, które opanował po wielu latach spędzonych w swoim mrocznym zamku.

Wampir znany z literatury i filmu to istota o silnej, seksualnej aurze, dominujący niegodziwiec, który na swój cel obiera czyste, niewinne dziewice i plugawi je, kierując na drogę fizycznych przyjemności. Taki był chociażby Dracula, który nie tylko żerował przede wszystkim na pięknych niewiastach, ale także trzymał w swoim zamczysku trzy narzeczone, tętniące seksem wampirzyce, chodzące zaprzeczenia idei kobiety cnotliwej ery wiktoriańskiej.

"Carmilla" Josepha Sheridana Le Fanu


Co ciekawe, postać kobiety wampira jest dużo starsza od najbardziej znanego krwiopijcy w dziejach. 26 lat przed premierą „Draculi” Brama Stockera swoją (pokaźną) cegiełkę do tematyki wampirycznej dołożył Joseph Sheridan Le Fanu za pomocą swojej noweli o tytule „Carmilla”.

Carmilla, a tak właściwie Mircalla Karnstein to wiecznie młoda wampirzyca, hrabina pochodząca ze starego, szlacheckiego rodu ze Styrii, która żeruje na młodych dziewicach. Przyjmując rolę damy w potrzebie, krwiopijczyni korzysta z gościnności właścicieli ziemskich, zdobywa zaufanie domowników, a następnie stopniowo pozbawia sił witalnych ich córki, po czym szuka sobie nowego żerowiska.

Mircalla nawiązuje ze swoimi ofiarami szczególną relację, starając się wykraczać poza standardowe, przyjacielskie stosunki. Przywiązanie do swojej ofiary jest tutaj rzecz jasna ukazane zgodnie z dziewiętnastowiecznymi standardami, lecz sam przekaz jest jak najbardziej jasny, wampirzyca jest zainteresowana przede wszystkim kobietami. Mircalla Karnstein, pierwsza lesbijka horroru, przyszłe źródło inspiracji dla wielu filmowców szukających sposobu na przykucie uwagi widzów na ich często tanie produkcje.

Trylogia Karnstein wytwórni Hammer


Historia stworzona przez Le Fanu miała pomóc między innymi wytwórni Hammer, która na początku lat 70tych nieco podupadała na popularności. Wypuszczony na początku października 1970 roku film ( koprodukcja z American International Pictures) „Vampire Lovers” przedstawiał historię odwołującą się do noweli Le Fanu, bardzo podobną, zaprezentowaną jednak w nieco bardziej zachęcający dla męskiego widza, dosłowny sposób.

Rolę wampirzycy otrzymała Ingrid Pitt, która wcześniej pojawiła się w „Tylko dla orłów”. Oczywiście, oglądanie ponad trzydziestoletniej kobiety o dość poważnej urodzie w roli postaci, która podaje się podlotka powoduje początkowo pewien zgrzyt, sprawia wrażenie niedopasowania aktorki do roli. Z drugiej strony, Ingrid Pitt emanowała pewnością siebie, doskonale zdawała sobie sprawę z atrakcyjności swojego ciała i przede wszystkim nie miała oporów przed jego pokazywaniem. Była to cecha, która odróżniała ją od Madeline Smith, drugiej najważniejszej aktorki w filmie, która przyznawała, że tego typu scen nie znosiła.

Plakat reklamujący „Vampire Lovers”, na którym widniało ostrzeżenie, że film nie jest dla niedojrzałego odbiorcy i zapewniający o namiętności krwawych nimf jest, rzecz jasna, mocno przesadzony. Hammer nigdy nie zdecydował się na zbyt dalekie kroki i pomijając kilka scen prezentujących Pitt w całej okazałości film nie wyróżnia się szczególnie na tle innych gotyckich horrorów wyprodukowanych przez tą wytwórnię.


Film zebrał mieszane recenzje, choć musiał przynieść wytwórni odpowiednie zyski, bo już rok później powstał sequel do tej produkcji o równie wymownym tytule: „Lust for a Vampire”.
Tudor Gates, scenarzysta „Lust for a Vampire” wskrzesił Mircallę i posłał ją do szkoły dla dziewcząt, gdzie miała pod dostatkiem świeżej dziewiczej krwi. Postanowił jednak nieco pohamować homoseksualne zapędy wampirzycy i popchnął ją w ramiona Richarda LeStrange’a, pisarza i bawidamka, który w filmie był tak oczarowany urokiem Karnsteinówny, że nie przeszkadzał mu nawet fakt, że jego wybranka serca była czczącą szatana nieumarłą istotą.

Ingrid Pitt, która miałą podpisany z Hammerem kontrakt na dwa filmy, nie zaproponowano powrotu do roli ( i zamiast tego zagrała Elżbietę Bathory w „Countess Dracula”, bardzo dobrym, aczkolwiek okrutnie niedocenionym Hammerze.) wampirzycy Carmilli/Mircalli. Zastąpiono ją młodziutką Dunką, Yutte Stensgaard. Panna ta, choć urodą idealnie wpasowywała się w postać Mircalli ( mogła wiarygodnie podawać się za podlotka ) , to nie miała jednak w sobie choćby odrobiny zacięcia aktorskiego i jej wersja wampirzycy jest pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu, o seksapilu już nie wspominając.


Film początkowo miał wyreżyserować najważniejszy dla wytwórni reżyser, czyli Terence Fisher, ale ten z powodu złamania nogi musiał ustąpić miejsce komuś innemu, a tą osobą był słynny scenarzysta Hammera i od niedawna reżyser, Jimmy Sangster.

Sangster był co prawda cenioną personą w świecie Hammera, jednak swój status osiągnął wyłącznie jako scenarzysta, zaś trzy filmy, które dla wytwórni wyreżyserował (Horror of Frankenstein, omawiane tu Lust for a Vampire i Fear in the Night) nie przysporzyły mu szczególnego uznania. Doświadczenia z reżyserią traktował jednak jako dobrą zabawę i do końca życia był wdzięczny za daną mu możliwość bycia reżyserem. Zdecydowanie chłodniej wypowiadał się o „Lust for a Vampire” Ralph Bates, późna gwiazda Hammera, który wspominał produkcję jako jeden z najgorszych filmów w których brał kiedykolwiek udział.

Wtórowali mu krytycy, jak i spora część widzów i po dzień dzisiejszy pisze się, że jest to jedna ze słabszych produkcji ze stajni Hammera. Choć „Lust for a Vampire” trąci kiczem, a postacie mogłyby być lepiej napisane, to nie zasługuje on na tak surowe traktowanie i jest w stanie zapewnić widzowi dostatecznej rozrywki, rzecz jasna, jeśli nie oczekuje się dzieła na miarę „Horroru Draculi”.


Klapa, jaką był „Lust for a Vampire” nie przeszkodziła Hammerowi w stworzeniu trzeciego już filmu z serii. Postać Mircalli odsunięto jednak na boczny tor i zrezygnowano przy tym z wątków homoseksualnych. Sama wampirzyca pojawia się w „Twins of Evil”, bo tak nazywa się owe dzieło, jedynie na chwilę i tylko po to, by obdarować wampiryzmem swojego potomka, jednego z przedstawicieli rodu Karnstein.

„Twins of Evil” jest uważane nie tylko za najlepszy film z całej trylogii, ale także zaliczany jest jako jeden z najlepszych Hammerów w ogóle. To typowa dla wytwórni historia o wampirach, jedynie delikatnie okraszona erotyzmem (Tytułowe Bliźniaczki Zła grane są przez Playmate magazynu Playboy, Mary i Madeleine Collinson), za to błyszcząca dobrze napisanymi postaciami (Gustav Veil grany przez Petera Cushinga, jeden z najwspanialszych występów w karierze.) i rewelacyjnymi dekoracjami, czyli tym, czym Hammer zachwycił widzów na całym świecie pod koniec lat 50tych.

Polski akcent w Styrii, czyli Carmilla była Polką
A przynajmniej część aktorek, które wcielały się w rolę wampirzycy były, bądź też miały polskie korzenie. Ingrid Pitt w rzeczywistości nazywała się Ingoushka Petrov i była dzieckiem Niemca rosyjskiego pochodzenia i polskiej Żydówki. Aktorka urodziła się w Warszawie i była jedną z ocalałych osób z obozu koncentracyjnego w Stutthof.

Jeżeli jednak ktoś myśli, że to jedyne powiązanie Carmilli z Polską, to okrutnie się myli, bowiem na początku lat osiemdziesiątych nowelą Josepha De Fanu zainteresował się Teatr Telewizji Polskiej i w listopadzie 1980 roku premierę miał spektakl zatytułowany po prostu…”Carmilla”. W tytułową rolę wcieliła się Izabela Trojanowska, której granie wampirzycy musiała chyba przypaść do gustu, bo o wampiryzmie śpiewała potem w swoim singlu zatytułowanym „Karmazynowa Noc”.

W postać o imieniu Carmilla wcieliła się także Julia Pietrucha w węgierskim horrorze „The Curse of Styria”, jest to jednak jedno z tych dzieł, których seans pozostawia widza jedynie z poczuciem zmarnowanego czasu.

Marya Zaleska, pierwsza wampirzyca lesbijka w kinie


Mówi się, że pierwszym filmem w którym pojawiła się postać wampirzycy lesbijki był „Dracula’s Daughter” wytwórni Universal z 1936 roku. Pojawia się tam scena, gdzie Marya Zaleska, tytułowa córka Draculi zaprasza modelkę, by ta pozowała jej do obrazu. Hrabina bardzo szybko rzuca dziewczynie dwuznaczne spojrzenie, które początkowo wywołuje silne uczucie zmieszania, a dopiero później przerażenie. Scena jest krótka i poprowadzona w na tyle subtelny sposób, by aluzje co do preferencji zrozumieli tylko nieliczni. To nie były dobre lata dla tego typu postaci. Nie chciano ryzykować posądzenia o nieprzyzwoitość, ani mieć kłopotów z cenzurą ( obowiązywał już wtedy kodeks Haysa ), więc delikatne i sugestywne podejście do pewnych wątków było wręcz obligatoryjne.

Konserwatywny kodeks rządzący Hollywoodem od lat trzydziestych musiał rzecz jasna ulegać zmianom wraz z kolejnymi dekadami, by w końcu zniknąć na dobre,  umożliwiając kręcenie filmów zgodnie z wizją twórców, którzy nie musieli już obawiać się wiszącego nad nimi widmem świątobliwych moralizatorów. Pewnych strat jednak nie w sposób nadrobić i nietrudno zauważyć, że karty w kinie wampirycznym, a zwłaszcza w tym skupiającym się na kobiecych monstrach, rozdawali Europejczycy.

I Bóg stworzył wampirzycę…


Jeszcze w latach 60 Amerykanie bardzo skwapliwie cenzurowali zagraniczne produkcje, precedens którego ofiarą był między innymi „Blood and Roses” Rogera Vadima. Vadim, wielki miłośnik kobiet (a przede wszystkim blondynek), nie mógł nie zainspirować się zmysłowym konceptem stworzonym przez Sheridana Le Fanu, czego wynikiem jest wyżej wymieniony film. „Blood and Roses” to  powolnie toczący się odrealniony obraz. Historia o zazdrości podana w onirycznej otoczce, w żadnym wypadku nie zbliżająca się w swojej atmosferyczności do horroru. Wampirzyce jak widać,  przekraczają nie tylko pewne sfery seksualności, ale także granice gatunków filmowych.

Czy było co w „Blood and Roses” cenzurować?  Z dzisiejszego punktu widzenia nie, jednak w 1960 roku ukazywanie w USA możliwych homoseksualnych tendencji bohaterek było nadal niemile widziane, przez co film trafił pod nożyce.

Amerykanie też mogą


Wampirzyce wyzwolone ostatecznie pojawiły się za oceanem w latach siedemdziesiątych, kilka lat po zrezygnowaniu z rygorystycznego kodeksu. Stephanie Rothman wyreżyserowała w 1971 roku „The Velvet Vampire”, historię małżeństwa, które zostaje zaproszone do posiadłości tajemniczej Diane LeFanu (kolejne już nawiązanie do literatury), wampirzycy, która pragnie uwieść i ostatecznie pozbawić życia ich oboje. Film teoretycznie zawiera wszystkie elementy ważne dla tego typu kina: piękną nieumarłą kusicielkę, oniryczny klimat i szczyptę soft-corowej golizny, a jednak okazał się być finansową klapą, nawet jak na niewielkie standardy kina exploitation. Jedynym co wyróżnia „The Velvet Vampire” na tle innych filmów tego typu jest fakt, że bardzo nietypowo dla kina wampirycznego, akcja dzieje się na terenach amerykańskiej pustyni.

Córki mroku


W tym samym roku, w Europie powstał inny film, w którym ponętna wampirzyca na swe ofiary wybiera małżeństwo. Seans belgijskiego „Daughters of Darkness” niemalże natychmiastowo uświadamia widzowi czego tak naprawdę brakowało „Velvet Vampire”.

Ostatecznie wampir to typowo europejska kreatura, wymysł folkloru starego świata, najprawdziwsza arystokracja wśród bestii. To właśnie tego aspektu postaci krwiopijcy nie potrafią oddać amerykanie, nie rozumiejący co wyróżnia tzw. „błękitną krew” od pospólstwa.

„Daughters of Darkness” błyszczy właśnie na tym polu, głównie dzięki Delphine Seyrig, która w roli manipulującej małżeństwo Elżbiety Bathory wypada rewelacyjnie. Nie najmłodsza, choć nadal przepiękna dama, pełna klasy i wdzięku. Widz jest w stanie uwierzyć, że jej postać naprawdę pochodzi ze szlacheckiego rodu. To ona i bardzo klimatyczna, minimalistyczna ścieżka dźwiękowa sprawiają, że film można uznać za jedną z bardziej udanych produkcji.

Jesus naszym zbawcą


Nie w sposób pisać o wampirzycach lesbijkach pomijając przy tym Jesusa Franco i jego słynne „Vampyros Lesbos” 1971 roku. Ten film jest dla wielu pierwszym skojarzeniem z tym podgatunkiem kina wampirycznego i zasługa nie leży tutaj wyłącznie w dosadnej, zdradzającej dużo widzowi nazwie.

Jest to bodajże pierwszy film, którego oś fabularna kręci się wokół lesbijskiego romansu wampirzycy i jej ofiary. To tytuł który porzuca wszelakie subtelności i nie bawi się w niedomówienia. Seksualność wampirzycy przed „Vampyros Lesbos” była do tej pory jedynie drobnym smaczkiem, jednym z wielu elementów filmu,  w dodatku bardzo często wykorzystywanym po to, by zbudować nawiązania do historii pisanej przez LeFanu. Franco ten stan rzeczy zmienił.

„Vampyros Lesbos” nawet ciężko nazwać horrorem. Seans wypełnia przede wszystkim miszmasz psychodelicznego klimatu i zmysłowości, co idealnie obrazuje choćby początek filmu, gdzie przepiękna Soledad Miranda wykonuje erotyczny performance przed publicznością w klubie.

Świeże i odważne podejście Franco do tematyki zaowocowało i jest to chyba najbardziej znany film tego reżysera. Nie wspominając już o tym, że po „Vampyros Lesbos” tematyka była już zdecydowanie mocniej eksploatowana.


Franco poszedł jeszcze o krok dalej w filmie „Female Vampire”, znanym również jako „The Bare Breasted Countess”.  Irina Karlstein, grana przez Linę Romay, wieloletnią partnerkę życiową reżysera, w odróżnieniu od reszty wampirów nie żywi się krwią ofiar, a ich seksualną energią. Poprzez uprawianie miłości oralnej zarówno z mężczyznami, jak i kobietami pozbawia swoje ofiary sił witalnych. 

O ile „Vampyros Lesbos” można było nazwać erotykiem, to „The Bare Breasted Countess” momentami zbliża się do filmu pornograficznego, nie pozbawionego jednak swojego uroku, bardzo onirycznego, w czym duża zasługa przepięknej ścieżki dźwiękowej napisanej przez Daniela White’a.

Fascynacja, czy już obsesja?


Końcówka lat sześćdziesiątych i praktycznie całe lata siedemdziesiąte to również bardzo płodny okres w twórczości chyba najbardziej zakochanego w tej tematyce reżysera, Jeana Rollina.

Nagminnie pojawiającymi się postaciami w filmach francuza były przepiękne wampirzyce, na ogół występujące w parach, lub grupkach. Odziane w przewiewne i prześwitujące halki przemierzały rustykalne (nie tylko!) tereny Francji, najczęściej spotykane na polach, plażach i rzecz jasna, w na pozór opuszczonych włościach.

Rollin kręcił filmy trudne w odbiorze, powolnie rozwijające się obrazy o abstrakcyjnej, słabo nakreślonej, ale i często zaskakującej fabule. I tak np. bohaterowie pełnoprawnego debiutu reżyserskiego Rollina, „Le Viol du Vampire” starają przekonać lokalne wampirzyce, że są tak naprawdę zwyczajnymi dziewczętami, które są ofiarami manipulacji i wiejskich zabobonów, zaś w „La Vampire Nue” dowiadujemy się, że to co ludzie mają za wampiryzm to tak naprawdę mutacja, nadchodząca nowa odmiana gatunku ludzkiego.


Trudno jest oprzeć się wrażeniu, że fabuła dla Rollina była czymś przykrym, niechcianym obowiązkiem i jedynym na czym reżyserowi zależało to stworzenie kilku pięknych,  odrealnionych ujęć.  Pewnie i z tego powodu jednym z lepiej przyswajalnych filmów Rollina jest „Requiem pour un Vampire:, który przez pierwszą połowę nie zawiera jakichkolwiek dialogów, a fabuła, gdy już tylko się pojawia, okazuje się być bardzo prosta, czy nawet  naiwna. Podczas oglądania filmów francuza nie to jednak jest najważniejsze. Liczy się przede wszystkim niebanalny klimat.

Zwieńczeniem okresu wampirycznego Rollina jest „Fascination” z 1979 roku. Film wyróżnia się na tle poprzedników, jest bardziej stonowany, pozbawiony psychodelicznego kwasu i szaleństwa, które biło z ekranu chociażby podczas oglądania „Le Frisson des Vampires”.  „Fascination” to dzieło jeszcze bardziej oniryczne niż dotychczas, a mimo to dużo łatwiejsze w odbiorze, idealne jako początek przygody z wampirycznymi lesbijkami Rollina.

Wracamy na Wyspy.


W 1974 roku inny hiszpański reżyser José Ramón Larraz nakręcił w Wielkiej Brytanii „Vampyres”, kolejną opowieść, która eksploatowała tematykę. Tytułowe Vampy to sprawnie działający duet, kusicielki nakłaniające przejezdnych do spędzenia nocy w na pozór opuszczonej rezydencji. Film oprócz odpowiedniej dawki golizny raczy widza też sporą ilością wylanej sztucznej krwi, zaś umiejscowienie akcji umożliwiło stworzenie prawdziwie gotyckiego klimatu. „Vampyres” zapewniał klimat dość zbliżony do filmów Hammera, czy Amicusa, przy czym był w stanie zaoferować widzowi doznania na które tamte wytwórnie nie potrafiłyby się zdecydować.

Ty wstrętna, szowinistyczna świnio!


Jednym z ciekawszych filmów w których pojawia się motyw wampirzycy-lesbijki jest hiszpańskie „The Blood Spattered Bride” z 1972 roku. Jego główną bohaterką jest Susan, świeżo upieczona małżonka, która bardzo szybko przekonuje się, że jej wybranek serca nie jest do tak wspaniały za jakiego go uważała. To dużo starszy, dominujący mężczyzna, w żadnym wypadku opora i kochanek, a raczej typ, który bierze co chce i kiedy chce, nie zwracając przy tym uwagi na uczucia żony. Patologiczny związek,  który Anglicy nazwaliby love-hate relationship, powoduje, że Susan zaczyna śnić się wampirzyca Carmilla, przepiękna kochanka nakłaniająca ją nie tylko do homoseksualnego romansu, ale także do pozbycia się męża. Postać wampirzycy jest w filmie symbolem nie tylko seksualnego wyzwolenia, ale i odrzucenia dominującego patriarchatu.

Wampirzyca wyzwolona.
„The Blood Spattered Bride” to jeden z tych filmów, które uświadamiają, że motyw seksownej wampirzycy w kinie to coś więcej, niż fantazja spoconego grubasa siedzącego za biurkiem i zacierającego rączki w oczekiwaniu na profity. Jasne, jest to niesamowity wabik dla męskiej części publiczności, ale w samym archetypie postaci tkwi coś więcej, niż tylko para podskakujących piersi umazanych we krwi.

Wampirzyce to przede wszystkim damy z wielkich rodów, mające swoją klasę, pewne siebie, asertywne bohaterki, które ustalają reguły gry dla innych postaci w filmie. Akty miłosne ukazywane w tego typu produkcjach pojawiają się z inicjatywy wampirzycy. I nawet sam termin „wampirzyca lesbijka” choć przykuwający uwagę, to często jest strasznym uproszczeniem, gdyż w tym przypadku zwykły podział na „homo” i „hetero” nie za bardzo ma sens.  

Wampirzyca to wolna od konwenansów, obdarzona wielkim seksualnym potencjałem istota i jeżeli pragnie z kimś uprawiać miłość, to płeć partnera jest już kwestią marginalną. Nie będzie dalekie od prawdy stwierdzenie, że tego typu postać jest symbolem, przykładem silnej, niezależnej kobiety...jedynie okraszonym gotyckim klimatem i odrobiną krwi.