poniedziałek, 7 listopada 2016

House of Hammer: Pirat, przemytnik i duchowny. Niesamowite przygody Kapitana Clegga.


Znajdujące się na terenie hrabstw Kent i East Sussex mokradła Romney przez kilka stuleci uważane były za prawdziwy raj dla przemytników: słabo zaludnione, niemalże pozbawione podstawowej infrastruktury drogowej, za to ze sporą ilością kanałów wodnych, w dodatku położone niedaleko morskiej granicy z Francją. Nielegalny handel dobrami w celu uniknięcia wysokich podatków nałożonych przez Króla stał się tematem wielu legend, a stamtąd niedaleko już było do literatury, która romantyzując przy okazji cały proceder, stała się porządną pożywką dla czytelników głodnych przygód.






I tak, w 1915 roku, z pióra Russella Thorndike’a, narodził się Doctor Syn, skromny pastor o burzliwej, pirackiej przeszłości, który w nocy przywdziewał strój stracha na wróble i stawał na czele grupy przemytników, aby zapewnić godny byt swoim parafianom. Na przestrzeni lat powstało osiem powieści, a także trzy próby przeniesienia tej barwnej postaci na ekran. Dzisiejszy tekst dotyczyć będzie jednej z nich, dokonanej przez Brytyjczyków z wytwórni Hammer.


Film rozpoczyna się w momencie, gdy do znajdującej się na terenie mokradeł wioski Dymchurch przybywa kapitan Collier w celu odnalezienia odpowiedzialnych za odbywające się tam przemytów brandy. Nie jest jednak świadomy tego, że jego starania sabotuje Dr. Blyss, a wraz z nim niemalże cała wieś, która w nocy przebiera się za nocne zjawy i odstrasza w ten sposób nieproszonych gości.

Tak prezentował się Dr. Syn od Disneya
Okładka trzeciej z kolei powieści
o przygodach Dr. Syna


















Dr. Blyss? A co się stało z nazwiskiem Syn? Otóż Hammer, zabierając się za historie napisaną przez Thorndike’a, miał strasznego pecha, ponieważ w tym samym czasie tematem zaczął się interesować Disney, który zwinął Brytyjczykom sprzed nosa prawa do postaci, przez co ci musieli wprowadzić kilka zmian w swoim scenariuszu, na szczęście niezbyt dotkliwych.

Oprócz nazwiska centralnej postaci, największą zmianą w filmie Hammera jest rozdzielenie bohatera granego przez Petera Cushinga i persony zwanej Strachem na Wróble z mokradeł Romney. Ten drugi, choć pojawia się w filmie, nie pełni w historii zbyt dużej roli, będąc jedynie zwiadowcą na usługach Blyssa. To oczywiście w znaczy sposób kastruje bohatera z jego pulpowego mojo i gdzieś w głębi duszy bardzo bym chciał zobaczyć Cushinga jako demonicznego i przerysowanego stracha na wróble. Jednocześnie jednak ta myśl powoduje pewne wyrzuty sumienia, bo jako widz otrzymałem najlepsze kino, jakie Hammer mógł dostarczyć.

Captain Clegg w 82 minutach seansu dostarcza wszystkiego, czego można oczekiwać od kina przygodowego z tamtego okresu. Śledząc wodzenie kapitana Colliera za nos, jednocześnie jesteśmy świadkami pojedynków na śmierć i życie, zdrady, odkupienia dawnych win, wątku romantycznego i dość sporej ilości zwrotów akcji. I nie, nie twierdzę, że Captain Clegg oferuje coś nowego. Wielu „tajemnic” domyślimy się już w pierwszych minutach filmu, jednak nie w sposób przyczepić się do tej historii w jakikolwiek sposób, bo najzwyczajniej w świecie, jest ona tak sprawnie napisana, że nim człowiek się obejrzy, to już żegnają go napisy końcowe.

Captain Clegg to jedno z najlepszych „gorszych” dzieci Hammera, wytwórni, która tak się wsławiła kultowymi horrorami, że nowym pokoleniom umknął gdzieś fakt, że Brytyjczycy tworzyli różnorodne kino i w ich filmografii jest sporo filmów przygodowych. Tak więc jeżeli akurat nie macie ochoty na gotyckie straszydła i macie braki w reszcie repertuaru Hammera, to Captain Clegg będzie świetnym początkiem. Następny w kolejce będzie The Scarlet Blade, ale o tym filmie, to już kiedy indziej.