czwartek, 24 listopada 2016

House of Hammer: Potwór, kochanek, arystokrata. Christopher Lee jako Dracula.


Dracula odświeżony

Koniec lat pięćdziesiątych. Po olbrzymim sukcesie Przekleństwa Frankensteina pewne było, że wytwórnia Hammer pójdzie za ciosem i zrealizuje kolejny remake klasycznego kina grozy. Brytyjczycy nie kazali czekać widowni zbyt długo, bo już w 1958 roku ludzie tłumnie walili do kin, by obejrzeć nową wersję Draculi, dziś już równie klasyczną, co wersja z Belą Lugosi.

Film zaczynał się w chwili przybycia Jonathana Harkera do Transylwanii, gdzie miał rzekomo objąć stanowisko bibliotekarza w posiadłości Hrabiego Draculi. W rzeczywistości jednak zamiarem Harkera było posłanie swojego pracodawcy do piachu, poprzez wbicie mu osinowego kołka prosto w serce. Plan, który rzecz jasna się nie udał i przysporzył bliskim Harkera sporo nieprzyjemności, bo w wyniku  jego poczynań, ci (z pomocą nieocenionego profesora Van Helsinga) przez resztę filmu musieli bronić się przed gniewem Draculi. Scenariusz filmu opierał się na powieści w bardzo niewielkim stopniu, pożyczając z niej jedynie część postaci i motywów, co nie jest rzecz jasna żadnym zarzutem, bo historia jako taka przedstawiona została bardzo dynamicznie i fascynowała od początku, do samego końca.

Za realizację odpowiadała niemalże ta sama ekipa, co za pierwszy hammerowski film o Frankensteinie: reżyser Terence Fisher, scenarzysta Jimmy Sangster, kompozytor James Bernard i cała masa magików kina, którzy mieli za zadanie przerazić widzów na całym świecie. Wrócili jednak przede wszystkim Aktorzy współodpowiedzialni za sukces poprzedniego filmu, czyli Peter Cushing jako profesor Van Helsing i Christopher Lee, jako tytułowy Dracula. 

Christopher Lee - Dracula doskonały


Śmiało można powiedzieć, że to właśnie rola najsłynniejszego krwiopijcy popkultury przyniosła Christopherowi wielką sławę. Jego interpretacja Draculi była wyjątkowa i co ciekawe, pomogła w tym właśnie brytyjskość aktora. Nareszcie widzowie byli w stanie uwierzyć, że Dracula pochodził ze starego, arystokratycznego rodu. Spoglądając na bohaterów z poczuciem wyższości, jeśli nie pogardą dla rodzaju ludzkiego, będącego dla niego li tylko pożywieniem.

Jest też prawdą, że Christopher Lee zrobił z Draculi symbol seksu. Nie chodzi tutaj nawet o posturę i wygląd aktora. Prawdą było, że wysoki, smukły mężczyzna z klasą, prawdziwy angielski dżentelmen, miał prawo się kobietom podobać. Najważniejszym jednak powodem nadania symbolu tego aktorowi są sceny, w których ten zbliża się do swoich kobiecych ofiar. Te naładowane są subtelnym erotyzmem. Da się w nich odczuć dominację Lee, którego spojrzenia były dość niejednoznaczne, przedstawiające jednocześnie żądzę krwi jak i kobiecego ciała. Podobnie zresztą bywało z jego ofiarami, których przerażenie tuż po ugryzieniu zaczęło zamieniać się w uśmiech pełen satysfakcji.

Jednocześnie Dracula Christophera Lee miał w sobie sporo z bestii. Gdy wpadał w szał, zamieniał się w ekstremalnie niebezpiecznego drapieżnika. Z przerażającymi, przekrwionymi oczyma szczerzył swoje ostre jak brzytwa kły, z których kapała świeża krew. Interpretacja tej postaci przez Lee była tak potężna, że w momencie, gdy ten odrzucił propozycję powrotu do roli w sequelu, szefostwo postanowiło darować sobie szukanie zastępcy, zdając sobie sprawę z tego, że nikt inny nie sprosta temu zadaniu. 

Czy da się zrobić Draculę bez Draculi? Najwyraźniej tak


Dwa lata po premierze Draculi swoją premierę miała dość specyficzna kontynuacja o tytule The Brides of Dracula. Czemu specyficzna? Otóż w wyniku odmowy Christophera Lee postanowiono po prostu zrobić film bez jego postaci. Sprawę załatwiał początek, w którym lektor wprowadzał widza do filmu informując, że chociaż Dracula został unicestwiony, to nocami po świecie nadal grasuje wielu jego uczniów. 

Tymi zajmować się miał nie kto inny niż Van Helsing, jedna z centralnych postaci poprzedniego filmu. Naprzeciw niemu stanął zaś niejaki Baron Meinster, zagrany przez Davida Peela, którego udział w opisywanym filmie był największym dokonaniem w swojej dość krótkiej karierze. Przyjemna aparycja wyraźnie kontrastowała z jego naturą krwiopijcy, co dawało mu wyraźną przewagę nad ofiarami. Meinster był wprawionym manipulatorem, który wzbudzał sympatię, gdy trzeba było współczucie, a i bez trudu rozkochiwał w sobie kolejne dzierlatki, tylko po to, by przemienić je w oddane mu wampirzyce. 

Z uwagi na brak postaci Draculi, wiele osób nie traktuje tej pozycji jako część serii. The Brides of Dracula mogłoby się rzeczywiście nazywać się zgoła inaczej, choć powiedzmy sobie szczerze, nawiązując do przeboju z 1958 roku, było zdecydowanie łatwiej ten film sprzedać. Dyskusje na temat przynależności Brides do serii nie mają jednak dużego znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, że był to jeden z najporządniej zrealizowanych obrazów wytwórni i jest dzisiaj uważany za tak zwany „must-watch”. Jeśli ktoś już złapał bakcyla na gotyckie historie od Hammer Films wcześniej, czy później i tak trafi na ten film.

Książę Ciemności


Christopher  Lee ostatecznie wrócił do swojej najbardziej ikonicznej roli w 1966 roku w filmie Dracula: Prince of Darkness. Należało przy tej okazji zrobić coś z faktem, że ten został unicestwiony przez Van Helsinga w pierwszym filmie. Okazało się, że aby wskrzesić Księcia Ciemności, wystarczyła odpowiednia ilość ludzkiej krwi, a tej dostarczył Klove, demoniczny sługa Hrabiego, który zwabił grupkę angielskich turystów do włości Draculi, a następnie podjął się zarżnięcia części z nich. 

A kiedy Klove’owi się ten haniebny uczynek udał, dość szybko okazało się, że Dracula jest niemową. Czyżby formuła okazała się niepełna? Błąd przy rytuale? Nie, to po prostu Christopher Lee odmówił wymawiania jakichkolwiek kwestii w filmie, w ramach protestu i w wyniku zażenowania, w jakie wprawiały go dialogi z jego postacią. Co ciekawe, Jimmy Sangster, scenarzysta filmu,  zapytany o tę sytuację ,odrzekł, że  najzwyczajniej na świecie, żadnych kwestii dla Christophera nie napisał. Argumentował to tym, że zadaniem wampira jest gryźć swoje ofiary, a nie z nimi rozmawiać, na odchodne jedynie dodając, że to, komu ludzie uwierzą, pozostawi im samym.

Ograniczony wkład Lee nie przeszkodził jednak filmowi stać się dużym przebojem, do dzisiaj uznawanym za jedną z najlepszych odsłon serii. Ludzi zachwyciła przede wszystkim mroczna atmosfera, na którą składała się między innymi porządna ścieżka dźwiękowa, rewelacyjne dekoracje i fantastyczne zdjęcia. Jeżeli jest coś, co Hammer opanował do perfekcji, to właśnie umiejętność stworzenia pozornego bogactwa w swych, jakby nie było, dość tanich filmach. 

Dracula powstał z grobu i miał się lepiej, niż sądzicie









Po Księciu Ciemności realizacja kolejnych części Draculi nabrała 
tempa i w latach 1968-1974 Hammer wypuścił aż 6 filmów z tej serii. Filmów, o których z pewnych względów już nie pisze się w takich superlatywach jak o pierwszych trzech tytułach. 

Pewnym wyznacznikiem podziału na „lepsze” i „gorsze” filmy stało się odejście z serii Terence’a Fishera, najbardziej zasłużonego i powszechnie uznawanego za najlepszego reżysera związanego z wytwórnią Hammer.

I chociaż prawdą jest, że spora część późniejszych kontynuacji Draculi posiada swoje mankamenty, to jednak częste opinie na temat tego, że po trzeciej części był już tylko wyraźny spadek jakościowy, są tendencyjne i zdecydowanie krzywdzące.
W szczególności mam tu na myśli Dracula Has Risen From the Grave, który został wyreżyserowany przez Freddiego Francisa, również bardzo porządnego i wprawionego reżysera. Chociaż jego film nigdy nie zdobył takiego uznania jak Książę Ciemności, był w pewnych aspektach dużo lepszy od swojego poprzednika. 

Wyraźnej poprawie uległa fabuła, bardziej rozwinięta, z ciekawymi pomysłami na postacie, przede wszystkim głównego bohatera pozytywnego, który był… ateistą. W czym problem? Ano, w tym, że wszystkie dotychczasowe sposoby radzenia sobie z wampirami miały silne podłoże w wierze, czy to w religii chrześcijańskiej, czy starych zabobonach… Lepszy był też sam Dracula, który w odróżnieniu od poprzedniej części nie był wyłącznie żądną krwi bestią, a tak jak w filmie z 1958, okrutnikiem spoglądającym na ludzkość z góry, który swoją zwierzęcą naturę ujawniał tylko, gdy wymagała tego sytuacja.

Kolejną odsłoną cyklu było Taste the Blood of Dracula, które wprowadziło do serii wątki okultystyczne, a te, jak się okazało, dobrze współgrały z postacią krwiopijcy. 

Akcję do przodu popchnął niejaki Lord Courtley (debiut aktorski Ralpha Batesa), który w ramach zakazanego obrządku wypił tytułową krew Draculi po to, by zostać obdarzonym wampiryczną potęgą. Niestety, nie tylko jego działania okazały się śmiertelne w skutkach, ale i przywróciły Księcia Ciemności na ten świat. Co ciekawe, według oryginalnego zamysłu, Courtley faktycznie miał po wypiciu fiolki z krwią Draculi zamienić się w wampira i stać się głównym antagonistą filmu. Wszystko to rzecz jasna, przez Christophera Lee, który ponownie nie chciał wcielić się w tę rolę.

Dracula okiełznany


Aktor pomimo swojej wielkiej niechęci do cyklu zagrał tę postać dla Hammera w sumie siedem razy. Co trzymało go przy tej postaci? Pieniądze nie grały roli, ponieważ w tamtym czasie był już bardzo uznanym aktorem, który nie mógł narzekać na brak ofert. Nie wiązał go też kontrakt. Jak się okazuje, pomimo faktu, że Lee kojarzony był przez lata głównie z Hammer Films i zagrał dla tej wytwórni w ogromnej ilości obrazów, nie miał podpisanej stałej umowy, która obligowałaby go do grania w czymkolwiek by włodarze sobie zażyczyli. 

Jak Lee sam wspominał, często stawiano go przed faktem dokonanym. Kolejne filmy były zlecane do produkcji bez jego wiedzy, po czym otrzymywał informacje, że jeśli w danym obrazie nie wystąpi, to pozbawi pracy dziesiątek ludzi. Pewnie nie na każdej gwieździe kina taki szantaż emocjonalny zrobiłby wrażenie, ale żeby zrozumieć czemu Christopher Lee przez lata się uginał i wbrew sobie wracał do roli Draculi, trzeba mieć świadomość jak pracowało się u Hammera. 

Filmy tworzyły niewielkie ekipy i angażując się w kolejną produkcję, istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że na planie spotka się tych samych ludzi. Po kilku latach pracy w studiu Bray można było śmiało powiedzieć, że wszyscy znali się jak łyse konie i tworzyli swego rodzaju zawodową rodzinę. James Carreras, założyciel Hammera, doskonale zdawał sobie z tego sprawę i wyciągał tę kartę za każdym razem, gdy Lee starał się mu odmówić.

Bądźmy wierni pierwowzorowi literackiemu


Christopher Lee szczególną miłością darzył literaturę i jedną z jego ulubionych pozycji był właśnie Dracula Brama Stokera, tak więc propozycja zagrania ikony grozy musiała być dla aktora nie lada nobilitacją. Entuzjazm Christophera opadł, gdy okazało się, że film z jego udziałem z literackim pierwowzorem ma wspólnego naprawdę niewiele.

Jeszcze gorsze dla Lee okazały się kontynuacje, które w ogóle nie czerpały z powieści Stokera i bazowały na oryginalnych scenariuszach, do których Dracula był po prostu dopisywany. Aktor nie krył wielkiego żalu do Hammera za to, że nie dali mu możliwości zagrania prawdziwego Draculi, czyli wyjętego wprost ze stron powieści.

Wypytywany podczas wywiadów lubił przypominać, że właściwego Księcia Ciemności zagrał w Hiszpanii. Mowa tutaj o filmie Count Dracula z 1970, gdzie za reżyserie odpowiadał niesławny Jess Franco, ikona eurotrashu odpowiedzialny chociażby za czwartą część Ilsy, czy kultowe Vampyros Lesbos

Oczywiście, wierność pierwowzorowi nie powoduje, że film automatycznie staje się bardziej godny polecenia, niż którakolwiek z wersji Hammer. Te z kolei, przy dziele Franco wypadały jak wysokobudżetowe superprodukcje, począwszy od samej reżyserii, po aktorstwo (Nawet sam Lee wypadł gorzej niż zazwyczaj) i jak i oprawę audiowizualną. Aktor musiał sobie doskonale zdawać sprawę z tego w jakim filmie zagrał, lecz w przypominaniu o tej produkcji bodajże bardziej chodziło o udowodnienie, że napisanie dość wiernego literacko Draculi było możliwe.

Statek zaczyna tonąć


Jeszcze w tym samym roku premierę kinową miał kolejny 
Hammer o tytule Scars of Dracula (W ciągu jednego roku widownia miała okazje trzykrotnie zobaczyć Lee w tej roli). Pozycja ta zapamiętana została przede wszystkim ze względu na bardziej brutalne sceny w stosunku do swoich poprzedników, co było widziane jako próba dostosowania się do coraz bardziej nieprzyjaznego dla wytwórni rynku. 

Hammer Films Productions nieprzerwanie od 1957 roku zasypywało widownie gotyckimi filmami grozy, a tuż za nimi swoje produkcje zaczęli produkować Amerykanie i Włosi, co po ponad dziesięciu latach zaczęło ludziom odbijać czkawką.
Pomijając już konwencje gatunkowe, pokutować zaczęło też maszynowe wypuszczanie kolejnych tytułów, które, pomijając pewne niuanse, przestały się bardzo od siebie różnić. By utrzymać przy sobie chociaż część widowni, należało wprowadzić poważne zmiany.

Era eksperymentów


Postanowiono więc odłożyć do szafy starodawne kostiumy, zaś karoce zamienić na kolorowe miejskie auta. Za sprawą filmu Dracula AD 1972 przeniesiono Hrabiego do czasów współczesnych, gdzie zamiast rozkoszować się rozluźnieniem obyczajów skupił się na wyeliminowaniu klanu Van Helsingów.

Film do dzisiaj wzbudza skrajne emocje, dzieląc widownie na dwa obozy. Jedni zachwycili się luźniejszym klimatem, powrotem Petera Cushinga i przygrywającą tu i ówdzie funkową muzyką. Drudzy za to kręcili nosem, pomrukując przy tym, że seria stała się zdecydowanie zbyt kiczowata.

Nieco więcej powagi miała w sobie kolejna odsłona cyklu, czyli Satanic Rites of Dracula, która tak na dobrą sprawę, zbyt wiele z horrorem wspólnego nie miała. Bliżej tej pozycji było do filmu kryminalnego zabarwionego wątkami okultystycznymi. Samego Christophera Lee zresztą było jak na lekarstwo, ten pojawił się jedynie w ostatnich dziesięciu minutach filmu. 

Oba filmy, choć posiadają swoich zwolenników, nie sprzedały się zbyt dobrze, a na pewno nie na tyle, by pomogły wytwórni odkuć się finansowo, więc ta zaczęła podejmować się realizacji coraz dziwniejszych projektów.

Brytyjczycy zaplanowali na rok 1974 kolejną odsłonę Draculi. Tym razem Lee kategorycznie odmówił udziału w produkcji. Powodem był scenariusz, który aktor określił jako „bzdurny”. Co dokładnie przelało czarę goryczy? Przede wszystkim to, że wytwórnia Hammer, licząc na zwiększenie grupy docelowej nowej produkcji, podpisała umowę z braćmi Shaw, wziętymi twórcami kina kopanego z Hong Kongu. 

W Legendzie siedmiu złotych wampirów Dracula, po przejęciu ciała chińskiego mnicha, (dzięki temu zabiegowi nie widzieliśmy zbyt dużo na ekranie Johna Forbes-Robinsona, następcy Christophera, który wypadał fatalnie w roli Draculi) postanowił wskrzesić prastare, azjatyckie wampiry i z ich pomocą szerzyć zło. Szyki krzyżował mu Van Helsing, którego wspomagała grupka młodych adeptów sztuk walki.

Absurd? Oczywiście. Jednak w całym tym szaleństwie tkwił pewien urok, który powoduje, że tego potworka ogląda się nad wyraz przyjemnie. Michael Carreras, syn założyciela wytwórni, wspominał, że film otrzymywał okropne recenzje, jedną z nich miał być tekst w czasopiśmie Melody Maker, w którym dziennikarz wylewał na tę produkcję wiadro pomyj, nie wskazując  żadnych pozytywów Siedmiu Złotych Wampirów kończąc przy tym swoją recenzję zdaniem „Nie sądźcie, że planuję was odwieść od obejrzenia tego filmu, bo jutro sam zamierzam obejrzeć go ponownie!”.

Dracula zginął…tym razem na dobre


Legenda siedmiu złotych wampirów była ostatnim filmem o Draculi wyprodukowanym przez wytwórnie Hammer. W ciągu 16 lat powstało dziewięć filmów, z czego w siedmiu zagrał Christopher Lee, który dzięki Draculi stał się ikoną popkultury. Jasne, młode pokolenia będą go kojarzyły przede wszystkim z powodu zaangażowania w prequele Star Wars, czy przede wszystkim Władcę Pierścieni. Nie zmienia to jednak faktu, że już wtedy Brytyjczyk był legendą i współpraca z Nim była uznawana za wielki zaszczyt.

Christopher Lee zmarł 7 czerwca 2015 roku. Miał 93 lata. Wystąpił w ponad dwustu produkcjach. Dla fanów nieśmiertelny, tak jak i Hrabia Dracula.