Tigon British Film Productions- o horrorach tej wytwórni.




Tigon British Film Productions założono w 1966 roku przez Tony’ego Tensera, zajmującego się wcześniej wyłącznie dystrybucją filmową(m.in. Repulsion Polańskiego), który chciał spróbować swych sił jako producent. Firma zajmowała się tymi obiema dziedzinami (dla kontrastu, wytwórnia Hammer w ogóle nie zajmowała się dystrybucją swoich filmów, nawet w rodzimym kraju) i jest odpowiedzialna za niemałą ilość filmów sexploitation, science-fiction i filmów grozy. To właśnie ten ostatni gatunek zapewnił Tigonowi największe profity, sprawiając, że firma Tensera została zapisana na kartach historii przede wszystkim jako wytwórnia konkurująca z Hammerem i Amicusem. 

Tenser i spółka istnieli jako wytwórnia istniał zaledwie siedem lat, przy czym był to okres naprawdę płodny, bo udało im się w tym czasie wydać 21 obrazów. Ostatni film wydali w 1973 roku, po czym zwinęli żagle w obliczu kryzysu angielskiego kina grozy, spowodowanego wysypem nowego, brutalnego i bardziej przyziemnego horroru zza oceanu. Jako dystrybutor Tigon dotrwał do początku lat osiemdziesiątych, zajmując się głównie kinem o mocnym zabarwieniu erotycznym

Tigon zdaje się nie mieć takiego uznania wśród fanów horroru tak wspomniane wcześniej Hammer i Amicus. Straszna szkoda, zwłaszcza że z całej trójki firma Tensera była najbardziej bezpardonowa, rozumiejąca potrzeby publiki pragnącej mocniejszych treści i  dostarczająca przede wszystkim świeżości w nieco zmurszałym już gatunku, jakim był horror.

Wynikiem silnej chęci do omówienia filmografii Tigona jest poniższe zestawienie. Nie jest to oczywiście kompletna lista filmów, ponieważ skupiam się tu wyłącznie na horrorach. Odpuściłem sobie kino sci-fi i filmy o zabarwieniu erotycznym. Znajdziecie tu kilka prawdziwych perełek, które być może znaliście już wcześniej. Są też filmy mniej znane, ale nadal godne uwagi i niestety znajdą się też niewypały, choć zapewniam was, że ogólny bilans jest zdecydowanie pozytywny.

The Sorcerers (1967) reż. Michael Reeves
Boris Karloff i Catherine Lacey wcielają się w małżeństwo naukowców, które znajduje sposób na zaznanie odrobiny przyjemności w starszym wieku. Zwabiają oni do swojego mieszkania Mike’a (Ian Oglivy), zblazowanego młodzieńca, który szuka mocnych wrażeń. Zostaje on poddany głębokiej hipnozie, dzięki której nie tylko są w stanie kontrolować jego działania, ale także odczuwać wszystko to, co robi Mike. Całość brzmi może nieco absurdalnie i nierzadko rzuca nam się w oczy pstrokatą, mocno pachnącą kiczem stylistyką z końca dekady, ale tak naprawdę mamy tu do czynienia z poważnym filmem, który obrazuje jak demoralizujące dla człowieka jest poczucie bezkarności. Musicie bowiem wiedzieć, że nasz pozbawiony wolnej woli bohater staje się narzędziem wielu zbrodni. Świetnie zrealizowany i ciekawie poprowadzony film, który powinni znać wszyscy fani Karloffa.


 The Blood Beast Terror (1968) reż. Vernon Sewell

Gdybym musiał opisać ten film w jednym zdaniu, to najprawdopodobniej powiedziałbym, że jest to kopiowanie formuły Hammera. The Blood Beast Terror można by z powodzeniem sprzedać jako kolejny film tej słynnej wytwórni: akcja umiejscowiona jest dziewiętnastowiecznej Anglii, gdzie dokonywane są morderstwa, tajemnicę zaś próbuje rozwikłać inspektor Scotland Yardu, grany oczywiście przez Petera Cushinga, bo w końcu jak już podbierać od konkurencji, to na całego. Skojarzenia przywołuje też fakt, że pochodzenie zła jest egzotyczne, wynik kolonialnych podbojów Imperium Brytyjskiego, motyw który Hammer przerabiał przy okazji takich filmów jak The Reptile, The Plague of Zombies czy The Witches. Oczywiście, sam fakt kopiowania wzorców nie jest żadnym zarzutem wobec tej produkcji, bo można czerpać radość z dobrze wykonanych rzeczy wtórnych. Problemem The Blood Beast Terror jest scenariusz rodem z najbardziej śmieciowego kina sci-fi z lat 50, ze ślamazarnie rozpisaną akcją i absolutnie rozczarowującym zakończeniem.

Witchfinder General (1968) reż. Michael Reeves

Najbardziej znany film Tigona. Historia inspirowana jest losami Matthew Hopkinsa, który w siedemnastym wieku wykorzystywał zamęt związany z angielską wojną domową i podróżował po wschodnich terenach kraju, podając się za łowcę czarownic, zbijając przy okazji niemałą fortunę na egzekucjach. Prawdopodobnie był odpowiedzialny za śmierć około trzystu niesłusznie oskarżonych o czarownictwo kobiet. W tym filmie, jak i w życiu, czarów ani czcicieli diabła nie uświadczymy. To tak naprawdę dramat historyczny, ocierający się o kino przygodowe i film zemsty. Witchfinder General status filmu kultowego zyskał jednak przede wszystkim wśród fanów kina grozy i najczęściej jest określany właśnie jako horror. Ma to związek z dużą jak na owe czasy dawką brutalności i sposobu w jaki promowano ten film w Stanach. Witchfinder General było koprodukcją z American International Pictures, które wymusiło na reżyserze, by w roli tytułowej wystąpił Vincent Price. AIP wykorzystało fakt rozpoznawalności aktora jako ikony kina grozy i promowało film (pod zmienioną nazwą, The Conqueror Worm) jako część stworzonego przez Rogera Cormana cyklu gotyckich horrorów, inspirowanych twórczością Edgara Allana Poe’go. Witchfinder General wspomina się dzisiaj jako jeden z najlepszych występów Price’a, którego bohater budzi w widzu szereg najgorszych uczuć. Naprawdę trudno o gorszą mendę w kinie od Matthew Hopkinsa.


 Curse of the Crimson Altar (1968) reż. Vernon Sewell
 
Robert Manning wyrusza w poszukiwania swojego zaginionego brata, którego ostatni raz widziano w pewnej tajemniczej posiadłości położonej na terenach Greymarsh. Tamtejszy właściciel ziemski Morley (Christopher Lee) twierdzi co prawda, że brata głównego bohatera próżno szukać na jego terenach, lecz okazuje się na tyle uprzejmy, by zapewnić Robertowi dach nad głową na tak długo, jak tylko będzie to potrzebne. Spędzanie nocy w posiadłości nie jest jednak najprzyjemniejszym doświadczeniem w życiu Manninga, gdyż dręczą go okropne koszmary, w których czarownica Lavinia (Barbara Steele) zmusza protagonistę do podpisania cyrografu, a wszystko to w mocno abstrakcyjnych, narkotycznych wręcz klimatach. Motyw koszmarów sennych został zaczerpnięty z opowiadania Sny z domu wiedźmy H.P. Lovecrafta, motyw który jest zresztą najsilniejszą stroną filmu. Crimson Altar to, jeśli chodzi o angielski horror, wizualna perełka, która potrafi zapaść w pamięć na długi czas. Dużym plusem jest też gęsta atmosfera i oczywiście aktorstwo. W szczególności mam tu na myśli Borisa Karloffa, wcielającego się w postać profesora Marsha, specjalistę od tematyki okultystycznej, który pomimo wyraźnych problemów zdrowotnych (Jego bohater porusza się przez większość filmu na wózku. Nie jest to jednak wymysł scenariusza, a konieczność wymuszona przez stan zdrowia aktora) potrafił wykrzesać z siebie dużo ognia i zachwycał talentem aktorskim. Curse of the Crimson Altar był ostatnim filmem aktora wydanym jeszcze za jego życia (Zmarł rok później. Zdążył jeszcze wziąć udział w trzech produkcjach: hiszpańskim Cauldron of Blood oraz meksykańskich The Incredible Invasion i Isle of the Snake People. Wszystkie trzy zostały jednak wydane już po śmierci aktora). Nie jest to jednak film bez skaz. Akcja toczy się dość powolnie, finał zaś, który przychodzi nagle i jakby bez większego pomysłu, zdecydowanie rozczarowuje (zauważyliście, że już drugi raz narzekam na to u tego reżysera?). Curse of the Crimson Altar najprawdopodobniej nie stanie się ulubioną ramotką większości z Was, wciąż jednak sądzę, że warto się z tym tytułem zapoznać: właśnie ze względu na Karloffa i fantastyczny, wizualny odpał.


The Haunted House of Horror (1969) reż. Michael Armstrong

Kolejna koprodukcja z AIP, tym razem umiejscowiona w czasach współczesnych. Fabuła skupia się na grupce znajomych, którzy w ramach zabawy udają się do pobliskiej opuszczonej posiadłości. Dochodzi tam do brutalnego morderstwa na jednym z członków, morderstwa, którego zresztą grupka nie chce zgłaszać na policję. W końcu to oni byliby pierwszymi podejrzanymi, zwłaszcza że sami święci nie są i widnieją w rejestrze karnym. Pozostaje to ich tajemnicą i od tej pory muszą radzić sobie nie tylko z wyrzutami sumienia i policją, ale także i faktem, że któreś z nich jest mordercą i najprawdopodobniej będzie kontynuować to, co zaczęło się tamtej niefortunnej nocy w starej posiadłości. Film sprawnie łączy w sobie elementy kryminału i horroru, jednocześnie będąc bardzo charakterystycznym w przedstawieniu ówczesnej mody i estetyki. Łączenie hipisowskiego bogactwa barw z mrocznym dreszczowcem może się udać. Dodam też, że  momentami bywa tu naprawdę krwawo i produkcja jest kolejnym przykładem na to, jak bezkompromisowy był Tigon w porównaniu do swojej konkurencji na wyspach. Jeden z ciekawszych filmów wytwórni.

The Beast in the Cellar (1970) reż. James Kelley

Tajemnicza bestia morduje żołnierzy stacjonujących w rustykalnych terenach Wielkiej Brytanii. W sprawę w tajemniczy sposób zamieszane są dwie siostry, starsze panie, które mieszkają nieopodal. Bardzo ciężko było mi przegryźć się przez ten film. Przez pierwszą połowę seansu bywa wręcz nieznośnie błogo, z przygrywającą w tle muzyką rodem z orkiestry wojskowej i stereotypowym już przedstawieniem Brytyjczyków jako flegmatycznych popijaczy herbatki. Później klimat zaczyna coraz bardziej zmierzać w kierunku grozy, choć trudno całości nie zarzucić banału i braku wiarygodności. Wybaczcie mi SPOILER: Bestią jest brat staruszek. Przed IIWŚ zamknęły go w piwnicy, by nie mógł zgłosić się na ochotnika do armii. Facet w efekcie oszalał, więc panie trzymały go dalej w zamknięciu. Problem w tym, że przez cały film w ogóle nie da się odczuć tego, że kobiety są niestabilne psychicznie ani że skrywają jakąś potworną tajemnicę. Mówiąc krótko: nie w sposób tej historii kupić. Swoją drogą, motyw kreatury, która okazuje się oszalałym człowiekiem, który wydostaje się na wolność, pojawiał się w horrorze jeszcze kilka razy. Podobne historie później opowiadał, chociażby The Shattered Room (1970), Tyburnowski The Ghoul (1975) i coś mi mówi, że przykładów jest więcej.
 


The Blood on Satan’s Claw (1971) reż. Piers Haggard

O filmie Witchfinder General mówi się, że rozpoczął krótkotrwałą modę na horrory zajmujące się eksploatowaniem tematyki folklorystycznej, gdzie groza miała swoje źródło w dawnych zabobonach. O ile tamten film podchodził do konwencji realistycznie i przedstawiał nam przede wszystkim okrutne skutki przesądów, tak w The Blood on Satan’s Claw mamy do czynienia z bardziej baśniową historią. Pojawia się tu bowiem sam rogaty, który rozprzestrzenia swój wpływ niczym chorobę wśród wiejskiej młodzieży. Młodzi (pod dowództwem uroczej Angel Blake- w tej roli osiemnastoletnia wówczas Linda Haydern) więc oddają się wszystkiemu temu, co grzeszne i nieprawe, mordując przy okazji pobożnych mieszkańców swojej wsi. Dużym plusem jest wspomniana już przeze mnie lekka baśniowość historii, idealnie podbijana przez bardzo klimatyczny soundtrack, jak i dość dynamiczne prowadzenie akcji, To nie tylko jeden z najlepszych filmów wytwórni, ale i jeden z najlepszych filmów grozy, jakie dała nam Wielka Brytania.

The Creeping Flesh (1973) reż. Freddie Francis

Ostatni wyprodukowany przez Tigon film (będąc dokładniejszym, jest to kolejna koprodukcja, tym razem z World Film Services), tak jak wcześniej The Blood Beast Terror, budzi (przynajmniej na początku) skojarzenia z filmami Hammera. Reżyserią się Freddie Francis, weteran gatunku, odpowiedzialny chociażby za Dr. Terrors House of Horrors (Amicus, 1965), czy Dracula Has Risen from the Grave (Hammer, 1968), w głównych rolach zaś uświadczymy klasyczny już duet w postaci Petera Cushinga i Christophera Lee. Ponownie cofamy się też do czasów wiktoriańskich. Głównym bohaterem jest profesor Emmanuel Hildern, który odkrywa kości starożytnej istoty, która zamieszkiwała ziemię na wiele lat przed ludźmi. Co ciekawe, szkielet w zetknięciu z wodą ponownie pokrywa się tkankami. To niezwykle klimatyczny i mroczny film, bardzo mocno osadzony w lovecraftiańskiej estetyce. Samotnika z Providence jest tu o wiele więcej, niż w Curse of the Crimson Altar, co powinno być już dla niektórych wystarczającą rekomendacją. To jak najbardziej udany film, choć muszę ostrzec, że scenariusz nie stroni od naprawdę głupich pomysłów, z czego szczytem jest przekonanie Hilderna, że dzięki badaniu tkanki pradawnego monstrum jest w stanie wynaleźć lekarstwo na zło na świecie.

Brak komentarzy: