House of Hammer: Peter Cushing i Pies Baskerville'ów- najmroczniejszy z Holmesów.




Czy wiedzieliście, że Sherlock Holmes jest najczęściej adaptowana postacią popkultury? Ekscentryczny detektyw pojawił się na ekranach kin i telewizorów już ponad 250 razy, co zresztą uznała komisja Księgi rekordów Guinessa. Sam Pies Baskerville’ów, najsłynniejsza powieść o rzeczonym detektywie, interpretowany był na przestrzeni lat trzydzieści razy, w formie filmów kinowych, seriali aktorskich, czy nawet anime. Naprawdę ciężkie zadanie spoczywałoby na fanatyku Holmesa, który za punkt honoru obrałby zapoznanie się z każdym tworem kultury nawiązującym do tej postaci (Tak po prawdzie to jest to niemożliwe. Niemała część filmów powstała już w pacholęcych latach kina i dzisiaj już po prostu nie istnieje). I tutaj cholernie „ciśnie mi się na usta” wyświechtany frazes, że przecież nie liczy się ilość, a jakość. I faktycznie. Filmów o Sherlocku Holmesie, o których się pamięta i które naprawdę się ceni, nie ma znowuż aż tak wiele, a jeżeli nie trafiliście na tego bloga przypadkiem to wiecie, że nie mam zamiaru pisać o inkarnacji zagranej przez Kapitana Żelazko, ani przez Pana Ogórka, a pewnego angielskiego dżentelmena, który swego czasu budził postrach dawno dawno temu, w odległej galaktyce.

Cofnijmy się więc (ponownie) do końcówki lat pięćdziesiątych. Wytwórnia Hammer pod dowództwem Jamesa Carrerasa i Tony’ego Hindsa zwęszyła już dla siebie nową niszę na rynku. Opisując to wielkimi ogólnikami, można by rzec, że ich sposobem zarobku było odświeżanie znanych i lubianych treści, tym razem jednak w kolorze i bardziej odważnej graficznie formie. Po udanym przetworzeniu dla nowej publiki dwóch klasyków horrorów Universala (dowiedz się więcej tu i tu) postanowiono sięgnąć po inną bardzo znaną markę, Sherlocka Holmesa.
Basil Rathbone i Nigel Bruce jako Sherlock i dr Watson
Do tej pory najbardziej znanym odtwórcą roli detektywa był Basil Rathbone, który wcielił się w tę postać w sumie czternaście razy. Co ciekawe, pierwsze dwa filmy (w tym właśnie Psa Baskerville’ów) z serii stworzyła wytwórnia 20th Century Fox, później jednak prawa do marki uzyskała wytwórnia Universal. W 1958 roku Hammer miał już błogosławieństwo, jeżeli chodzi o tworzenie remake’ów rzeczonej wytwórni, jednak w przypadku Holmesa sprawa była nieco bardziej skomplikowana, gdyż prawa do postaci nadal posiadała rodzina autora, Arthura Conana Doyle’a. Oczywiście z uzyskaniem pozwolenia było większego problemu, choć wyraźnie zaznaczono, że Anglicy mają podejść do postaci z szacunkiem, cokolwiek by to nie miało znaczyć.

Decyzja, by zabrać się właśnie za powieść Pies Baskerville’ów nie mogła być przypadkowa. Akcja umiejscowiona na wiejskim dworku położonego nieopodal bagien i fabuła okraszona upiorną legendą to idealny materiał dla wytwórni, która wsławiła się wskrzeszeniem gotyckiego horroru. Z Psa Baskerville’ów sączy się mrok od pierwszej minuty i jego natężenie z każdą minutą tylko wzrasta. Atmosfera filmu pochłania na tyle, że dzisiaj, prawie sześćdziesiąt lat po premierze nie wadzi sztuczność dekoracji, zwłaszcza w scenach plenerowych. To wszystko jest nieważne, gdy podczas seansu po prostu się wyłączasz i dajesz się ponieść filmowi.

Wersja Hammera pozwoliła sobie na kilka zmian względem oryginalnej historii, w tym tożsamość głównego złoczyńcy (i jest to udana modyfikacja, mniej oczywista, mogąca dać przyjemność z obcowania z filmem nawet tym, którzy dobrze znają zarówno powieść, jak i pozostałe filmy), czy chociażby fakt, że tutaj sir Henry Baskerville przybywa nie z Toronto, a z Johanessburga. Zmiana była podyktowana przede wszystkim wygodą Christophera Lee. Dzięki tej niewielkiej zmianie mógł być on nadal na wskroś brytyjski i nie przyswajać sobie obcego akcentu. 
Christopher Lee jako amant?
Myslę, że to dobry moment na zadumę nad aktorstwem Lee i Cushinga. Nietrudno zauważyć duży wpływ tych aktorów na efekt końcowy filmu. Panowie ci nie wcielali się po prostu w przyznane im role, oni nadawali im dużo z własnego charakteru, czy też cech, które pojawiały się w ich wcześniejszych rolach. Przykładowo, Lee miał tu rzadką okazję zagrania postaci pozytywnej, w dodatku posiadającą wątek romansowy. Sir Henry Baskerville to przede wszystkim bohater, z którym powinniśmy sympatyzować, podczas gdy Lee akcentuje w swojej roli wysoką pozycję społeczną swojej postaci, dodaje do swojej roli dużo chłodu i dystansu, manierę arystokraty. Dlaczego tak? Ponieważ to jest właśnie to, co ten aktor potrafił robić najlepiej i koniec końców w tym filmie pasuje, nawet gdy nie bardzo wie jak grać romantyczne sceny. Swój grosik do roli dodaje też Cushing, który oczywiście świetnie odnajduje się jako Holmes. Aktor ten był stworzony do grania wszelkiej maści intelektualistów, gorliwych pasjonatów o zarówno wielkiej powadze, jak i charymie. Cushing przemyca jednak do Holmesa coś z Van Helsinga, zwłaszcza gdy kilka razy wspomina o otaczającej wokół silnej aurze zła. Dzięki obejrzeniu między innymi tego filmu zdałem sobie sprawę z tego, że Cushing mógł być idealnym aktorem lovecraftiańskim. Krzywdą by było, gdybym nie wspomniał o Andre Morellu, który wyśmienicie sprawdził się jako dr Watson i świetnie uzupełniał się z Cushingiem i czuć między nimi aktorską chemię.
Andre Morell i Peter Cushing
Pies Baskerville’ów często wymieniany jest we wszelakich zestawieniach jako jedno z największych dokonań wytwórni Hammer i cieszy się dziś dobrymi recenzjami od krytyków, choć nie zawsze tak było. W czasie największej popularności angielskich filmowców byli oni wielokrotnie mieszani z błotem przez ówczesną krytykę, co spotkało również opisywaną tu produkcje. Podobno swojego niezadowolenia nie kryła również firma reprezentująca interesy rodziny Conana Doyle’a i sugeruje się, że mógł być to powód, dlaczego Hammer nigdy nie zrobił kolejnego filmu o Holmesie. Zapytany jednak o przyczynę, Anthony Hinds, współwłaściciel Hammera odrzekł, że po prostu nie mieli w planach kontynuacji, argumentując to tym, że Pies Baskerville’ów to jedyna historia, która pasowała do profilu wytwórni.

Trzy lata po premierze Psa Terence Fisher wyreżyserował niepowiązany ze swoim poprzednim filmem Sherlock Holmes and the Deadly Necklace, gdzie Holmesa tym razem zagrał Christopher Lee. W sumie aktor ten zagrał w pięciu filmach o tej tematyce. Peter Cushing wrócił do postaci pod koniec lat sześćdziesiątych, w drugim sezonie kręconego przez BBC serialu. W sumie powstało szesnaście odcinków, z czego niestety do naszych czasów dotrwało zaledwie sześć. W latach siedemdziesiątych Cushing nagrał 13 audiobooków (choć najpewniej nikt tak wtedy tego nie nazywał) dla Royal Institute for the Blind. Ostatni raz wcielił się w Holmesa w latach osiemdziesiątych, w nakręconym przez wytwórnie Tyburn The Mask of Death. Czy warto się z tym zapoznawać? Owszem, choć do dzisiaj trudno o tak dobrego Sherlocka jak w 59r.

3 komentarze:

Zielona Małpa pisze...

Moim ulubionym filmowym Sherlockiem był z całą pewnością Jeremy Brett :) Muszę wrócić do filmu z Cushingiem, bo oglądałam go już dobre kilka lat temu i nie pamiętam, kto tam okazał się sprawcą :)

PS Ten system komentarzy jest wyjątkowo niewygodny :) Przynajmniej mnie przerzuciło na inną stronę

Piotr Kuszyński pisze...

Wcześniej korzystałem z Disqusa ale w związku z odgrażaniem się, ze będą wprowadzać reklamy powróciłem do opcji bloggerowych i tak naprawdę nie zwracałem na to większej uwagi. 99% komentarzy i tak dostaję nie tu, a na facebooku. W każdym razie przyjrzę się co mogę zrobić ,by to działało sprawniej.

Jakub Pelczar pisze...

Czekam na więcej ciekawostek. Super sie to czyta i szkoda, że tak mało osób jest świadomych z istnienia tego bloga