sobota, 19 sierpnia 2017

Howling II: Your Sister is a Werewolf


Historia sequeli filmowych jest w dużej mierze historią zbudowaną z rozczarowań, zarówno tych mniejszych, jak i katastrofalnych porażek, które tworzą wyrwę w sercu każdego miłośnika kina. Szczególny stygmat wydaje się naznaczony na horrorze, gatunku dość mocno związanym z niskim (w porównaniu do innych widowisk) budżetem, gdzie perspektywa wyciągnięcia dodatkowej kasy od widzów jak najniższym kosztem jest wyjątkowo kusząca. Nie zamierzam oczywiście zapominać o tych dobrych kontynuacjach, lecz na każde Martwe Zło II, czy Świt Żywych Trupów przypada kilka późniejszych Hellraiserów, czy coraz to durniejszych Laleczek Chucky.

Tortury i okultystyczne obrządki to typowe zajęcia wilkołaków w filmie.


Jednym z  bardziej skrajnych przypadków jest Howling II, kontynuacja kultowego w niektórych kręgach filmu Joego Dantego, produkcja o fatalnej reputacji, zbierająca żenująco niskie oceny na wszelakich portalach, choć najwięcej mówi o filmie to, że świętej pamięci Christopher Lee podczas pracy nad Gremlins 2 podszedł do reżysera Joego Dantego i szczerze go przeprosił za to, że w Howling II w ogóle wystąpił.  

Dzieło twórcy Gremlinów bywa bardzo często przywoływane jako jeden z najlepszych filmów dotykających tematyki lykantropii. To przede wszystkim mądre dawkowanie atmosfery, połączone z  porządnymi jak na tamten okres efektami specjalnymi, czy niezwykle umiejętnym operowaniem światłem i kamerą. Efektem jest jeden z tych filmów, które wzbudzają szacunek chociażby swoją sprawną realizacją.

Christopher Lee w towarzystwie szkieletu przywołuje nieco na myśl Vincenta Price'a w House on the Haunted Hill w reżyserii Wiliama Castle.

Wyobraźcie sobie teraz, że cztery lata później premierę ma kontynuacja, która wywraca wszystko do góry nogami i zamiast mroku wylewa się na ekran spora ilość campu i absurdu. Już w pierwszych sekundach pojawia się wyraźnie niezadowolony Christopher Lee czytujący tajemniczą przepowiednię na tle gwiazd i taniego, plastikowego szkieletu. Wciela się on tu w Stefana,  wprawionego łowcę wilkołaków, który z pomocą Bena (Reb Brown, były footballista i aktor występujący w śmieciówkach) i Jenny (Annie McEnroe)  wyrusza do Transylwanii, stolicy wilkołaków, by ubić Stirbę (Sybil Danning), królową tych bestii.

Zaraz, zaraz. Czy Kuszyński właśnie napisał, że Transylwania to stolica wilkołaków? Ano. Scenariusz do Howling II ewidentnie został napisany z myślą o filmie wampirycznym, przy czym zastąpiono krwiopijców bardziej włochatymi kreaturami.  Z tego też powodu nie należy się dziwić, że wilkołaki nie tylko żyją w Rumunii, ale w ich eliminacji pomaga kołek do przebicia serca, woda święcona, czy pęczek czosnku. Nie wspominając już o, przywołującej na myśl euro-trashowe kino, okultystycznej i useksualnionej (to akurat w przypadku wilkołaków ma sens) otoczce i o praktykowaniu czarnej magii.

Sybil Danning prezentuje naturalne kobiece piękno.


Poczucie, że coś tu cholernie nie pasuje, wzmaga dodatkowo fakt, że Transylwania ukazana w filmie to tak naprawdę Czechosłowacja  i jeśli się wsłuchać w to, co dzieje się w tle, robi się naprawdę swojsko, choć to jest akurat smaczek, który wzbudzi uśmiech na twarzy mieszkańcom naszej części europy i pewnie domyślnemu odbiorcy (czyt:  obywatelowi Stanów) pewnie było wszystko jedno, choć  powodów do uśmiechu jest w tym obrazie dużo, dużo więcej.

Howling II to, jeśli miałbym się trzymać rozsądnych kryteriów, po prostu zły film i oczywiście rozumiem watahę ludzi, którym oryginał  Dantego bardzo się podobał i są rozczarowani tym sequelem. Jeżeli ktoś przy doborze filmu kieruje się wyłącznie tym, by otrzymać porządne kinowe przeżycie, to może sobie odpuścić i zapomnieć, że takie coś jak Howling II w ogóle istnieje. Ja z kolei wychodzę z założenia, że film jest prawdziwie zły tylko wtedy, gdy nie dostarcza widzowi żadnych wrażeń, a opisywany tu przeze mnie Howling II, jeśli tylko wyjmie się kij z tyłka i zacznie się go oglądać sercem, potrafi być prawdziwym stymulantem dostarczającym dużo radości. 

"Wraaaaaaaa" - Reb Brown
Powstrzymuję się w tej chwili od napisania, że to przykład kina z kategorii „tak złe, że aż dobre”. To dość wygodny skrót myślowy, ale jak to ze skrótami bywa, czasami wyprowadzają ludzi na manowce. Boję się trochę, że dla wielu kryje się pod tym hasłem przede wszystkim radocha z perfidnej możliwości wyszydzenia filmu, a przecież nie o to mi chodzi. Nie kryję tego, że np. sceny, w których Reb Brown wyskakuje ze strzelbą i drze ryja jak oszalały barbarzyńca, są cholernie zabawne i pewnie podczas seansu zaśmiejecie się nie raz, ani nie dwa, choć niekoniecznie musi to wynikać z braku życzliwości. 


W końcu Howling II nie bierze siebie na poważnie, co idealnie ilustruje chociażby końcówka filmu, czy nagminnie pojawiający się (nawet wtedy, gdy to nie bardzo ma sens) muzyczny motyw główny, który tak swoją drogą, niezwykle mocno wbija się w czaszkę. To bardzo kolorowy i uroczy obraz, który wywołuje u mnie szczery, dziecięcy uśmiech na twarzy i oglądając go czuję się, jak mała dziewczynka, która właśnie zobaczyła kucyka. Podejrzewam, że gdybym miał osiem lat, Howling II byłby moim ulubionym filmem do ukrywania przed mamą. Potrzebuje ktoś większej rekomendacji?


Brak komentarzy: