wtorek, 22 sierpnia 2017

Wyzwanie Mario Bavy: I Vampiri & Caltiki- Immortal Monster


Drugą połowę lat 50 można nazwać okresem przejściowym w karierze Mario Bavy. Jak wspominałem w poprzedniej notatce (zajrzyj tutaj), nasz bohater często wykonywał dodatkowe prace na planie i wtedy też zaczął dokańczać filmy za niesfornych reżyserów filmowych, wyrabiając sobie przy tym opinię najlepszego człowieka do uratowania produkcji. Pracowitość i jak ja to odbieram, pokora Bavy zaplusowała z czasem i pozwoliła mu w następnej dekadzie na rozwój kariery w roli reżysera.

Poniższe dwa filmy powstały właśnie w tym okresie. Oficjalnie reżyserem zarówno I Vampiri, jak i Caltiki był Riccardo Freda (odpowiedzialny chociażby za rewelacyjnego The Horrible Dr. Hichcock), Mario Bava z kolei podpisany został jako operator filmowy. W obu jednak przypadkach Riccardo opuścił plan zdjęciowy jeszcze przed ukończeniem produkcji, co zmuszało Bavę do ukończenia pracy za niego. W przypadku pierwszego filmu mówi się, że Freda ukończył go w połowie, natomiast jeśli chodzi o Caltiki, to pojawia się sporo sprzecznych informacji i można przeczytać zarówno, że Bava wyreżyserował 90% filmu, jak i że, tak jak w przypadku I Vampiri, na reżyserskich krzesełku zasiadł w połowie drogi, więc najbezpieczniej będzie stwierdzić, że oba filmy mają po prostu dwóch ojców.



I Vampiri (1957)


Temu wypuszczonemu w 1957 roku filmowi przysługuje miano pierwszego udźwiękowionego horroru, który został wyprodukowany we Włoszech. Tytuł I Vampiri może być nieco mylący dla widza, ponieważ wampirów w takim klasycznym rozumienia tego słowa tu nie uświadczymy i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to trochę zabawa z widzem polegająca na dawaniu mylnych tropów po to, by film mógł okazać się z czasem coraz bardziej zaskakujący. Zaczyna się od informacji o morderstwach dokonywanych na młodych kobietach przez sprawcę, którego prasa chrzci mianem wampira. Naturalnie rozpoczynają się poszukiwania zwyrodnialca i gdy już widz jest przekonany, że ma do czynienia  przede wszystkim z kryminalną intrygą, twórcy zaczynają ujawniać nam prawdziwą naturę tej produkcji: I Vampiri to tak naprawdę film łączący cechy produkcji o szalonych naukowcach z motywami zaczerpniętymi z mitów o Elżbiecie Bathory. I Vampiri ma dosyć mozolne tempo i nie było w stanie kupić mnie od razu, ale gdy po niecałych 30 minutach seansu z obrazu zaczął sączyć się gotycyzm, moje zainteresowanie znacząco wzrosło. Film przekonuje scenografią, świetnym oświetleniem i zdjęciami, niekoniecznie zaś przedstawioną w nim historią, która owszem, zawiera ciekawe pomysły, a jednak jestem przekonany, że oprócz firmowego wręcz przywiązania do estetyzmu, w przyszłości niewiele będę z niego pamiętał.

Caltiki, the Immortal Monster (1959
)


Caltiki, tak jak wiele włoskich niskobudżetowców, powstało na fali popularności innego filmu. Produkcją, która miała zainspirować włochów, był wyprodukowany przez angielską wytwórnię Hammer Quatermass X-periment, który miał w tamtym czasie opinię wyjątkowo szokującego widowiska science-fiction. Oba filmy porównywane są ze względu na podobieństwa w jednym z wątków tu zawartych, mam na myśli losy człowieka, który w zetknięciu z obcą formą życia staje się niebezpiecznym i zwichrowanym mentalnie nosicielem plagi zdolnej wyplenić ludzkość. Warto też dodać, że ogólny pomysł na bezkształtnego, pochłaniającego wszystko wokół potwora bardzo przypomina powstałego rok wcześniej Bloba ze Stevem McQueenem w roli głównej i to chyba tyle, jeżeli chodzi o zapożyczenia z kina sci-fi. Na tle innych filmów powstałych w tym czasie Caltiki wyróżnia niespotykane do tamtej pory stężenie wpływów lovecraftiańskiej grozy i chociaż nie jest on inspirowany żadnym konkretnym opowiadaniem samotnika z Providence, znajdują się tu wszystkie najważniejsze elementy tego typu horroru: Pradawne religie, mroczne przepowiednie, popadanie w szaleństwo, czy też w końcu, kontakt ze złem pochodzącym z kosmosu. Dzieje się też więcej niż w I Vampiri, choć nadal film nie wystrzega siię od nudy i winię tu przede wszystkim słabiutkie, niezapadające w pamięć postacie. Wciąż jednak upierałbym się, że każdy, kto uważa się za fana Lovecrafta, powinien Caltiki obejrzeć. Na koniec chciałbym jeszcze dodać, że chociaż akcja filmu dzieje się w Meksyku, ekipa filmowa nigdy nie ruszyła się poza rodzimą Italię, a spore ruiny świątyni Majów to nic innego, jak doklejone do kadrów rysunki i wiecie co? Nadal wygląda to genialnie.

W tym samym roku co Caltiki, Bavie udało się uratować jeszcze jeden film: Włosko-francuską koprodukcję spod znaku miecza i sandałów: The Giant of Marathon, która w odróżnieniu od opisanych powyżej filmów, okazała się sporym sukcesem finansowym. To właśnie dzięki temu Mario Bava otrzymał szansę, by nakręcić film na własny rachunek. Jego oficjalny reżyserski debiut, Black Sunday ujrzał światło dzienne 11 sierpnia 1960 roku, ale o tym już następnym razem.

Brak komentarzy: