sobota, 23 września 2017

Egzorcysta III, czyli udany powrót po latach




Nigdy jakoś mnie nie bawiło tworzenie popularnych w sieci wyliczanek typu” top najstraszniejszych”, czy też „10 rewelacyjnych horrorów, które musisz zobaczyć”. Po trochu to wynik niechęci wywołanej  męczącej wręcz wszędobylskości takich treści, a po trochu z powodu mojego potwornego niezdecydowania i przekonania, że od podejmowania tak poważnych decyzji można jedynie dostać migreny. Nieco łatwiej by było napisać o tych najważniejszych, bo tu już trzeba by było odłożyć na bok własne odczucia i postarać się trzeźwym okiem wybrać horrory, które faktycznie odmieniły świat i pewnie, gdyby mi ktoś przystawił spluwę do skroni, to bym relatywnie szybko odpowiednią listę sklecił. Już w chwili pisania wiem, że na pewno bym zawarł Noc żywych trupów, Hooperowską Teksańską masakrę, czy też słynnego Egzorcystę z 1973 roku. 



Będąc fanem filmowym, jestem jednocześnie człowiekiem nieco oderwanym od rzeczywistości, bo naprawdę trudno jest mi sobie wyobrazić, że co niektórzy o Egzorcyście nawet nie słyszeli, prawda jest jednak taka, że  takowi ludzie nie tylko istnieją, ale i nierzadko są to osobnicy, którzy uwielbieniem darzą właśnie filmy o opętaniach, które przecież garściami czerpią z tego, co wymyślono właśnie w dziele Williama Friedkina. 

Linda Blair w Egzorcyście
Sam twierdzę, że przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi zarówno w zadufaniu współczesnego widza, który patrzy z góry na wszystko, co powstało wcześniej niż te piętnaście lat temu i nie jest w stanie znieść widoku przestarzałych rozwiązań technicznych, jak i tego, że żyjemy w czasach nadmiernej stymulacji i oglądanie starszego, bardziej stonowanego kina, które wymaga skupienia, jest po prostu doświadczeniem nieprzyjemnym dla ludzi przyzwyczajonych do atakujących zewsząd wizualnych bodźców. Oczywiście, nie jest też do końca tak, że chcę kogoś tu potępiać, w końcu sam nie jestem bez winy: przez własne roztrzepanie i fatalną samodyscyplinę nadal nie przeszedłem do meritum tego, o czym chcę tu napisać. Kuszyński, cholera! Skup się chłopie!


I o czym to ja? No tak, Egzorcysta wielkim i bardzo ważnym dla rozwoju gatunku filmem był i jako taki nie mógł obejść się bez kontynuacji, która zapewniłaby studiu dodatkową forsę. Cztery lata po premierze oryginału premierę miał Egzorcysta II: Heretyk, który, używając tu ekstremalnego eufemizmu, serc kinomanów nie zawojował. Film powstał bez udziału zarówno Williama Friedkina, reżysera pierwszej części, jak i pisarza Williama Petera Blatty’ego, twórcy zarówno książkowego Egzorcysty, jak i scenariusza adaptacji filmowej. Czy dałoby się zrobić dobry film bez ich wkładu? Pewnie tak. Gdyby prognozować Heretyka na podstawie ludzi zaangażowanych w projekt, to pewnie nic by nie zwiastowało tragedii. Za reżyserię odpowiadał John Boorman, do roli opętanej przez demona Pazuzu Regan wróciła Linda Blair, pojawił się także (w epizodzie, ale jednak) Max von Sydow, a resztę obsady zasilili tak uznani aktorzy, jak James Earl Jones, czy Richard Burton. Wisienką na torcie był też dla wielu soundtrack skomponowany przez Ennio Morricone. Mogło być słodko, co nie?  

Egzorcysta II zamienił katolickie rytuały na czytanie w ludzkim umyśle za pomocą paska przypiętego do głowy i dwóch kabli.

Problemem Heretyka był przede wszystkim durny scenariusz, który opierał się w dużej mierze pseudonaukowym bełkocie, a ten, w połączeniu z nieudolną próbą filozoficznego podejścia do tematyki odwiecznej walki dobra ze złem, był wyjątkowo niestrawny. Boorman tłumaczył, że oryginalny Egzorcysta był filmem nazbyt przygnębiającym w swej wymowie i chciał, by kontynuacja poszła w odwrotnym kierunku. Nie tak dawno temu, przy okazji tekstu o Howling II pisałem, że prawdziwie złe są tylko te filmy, które nie dostarczają widzowi żadnych wrażeń i niestety, drugi Egzorcysta jest niechlubnym przykładem filmu z najniższej półki, takim, który nie działa, nawet gdy podejdziemy do niego z pobłazliwością, czy z odpowiednim humorem. Jeśli wierzyć Lindzie Blair, Richard Burton zawsze był na planie w stanie mocno wskazującym na spożycie. Nie jest oczywiście tajemnicą, że Burton od lat był mocno zaangażowanym w przechylanie kieliszka alkoholikiem, więc nie powinno mnie to jakoś szczególnie dziwić. Seans Heretyka jest jednak tak nieprzyjemnym doświadczeniem, że chcę myśleć, że to właśnie przez ten projekt aktor tak chlał bez opamiętania.


Nie jest to, rzecz jasna, jedyny przypadek w długiej historii kina, gdy sequel znacząco odbiega jakością  od uznanego oryginału. Nie jest to temat nowy zwłaszcza dla fanów grozy, bo historia tego gatunku to w dużej mierze historia eksploatowania pewnych treści do momentu, aż z trupa uleci ostatnia kropla krwi i nie w sposób zarobić na nim chociażby na bułkę i mleko. Drugi Egzorcysta był jednak tak wielką klapą, że nikt rozsądny nie pomyślałby, że warto jeszcze robić cokolwiek z tą nazwą i rzeczywiście, na kilka lat dano sobie z nią spokój.

George C. Scott jako porucznik Kindermann

Za wskrzeszenie marki odpowiedzialny był sam jej twórca- William Peter Blatty. W 1983 premierę miała premierę jego nowa powieść Legion, będąca luźną kontynuacją słynnego Egzorcysty. Na przeniesienie tej historii na duży ekran trzeba było jednak poczekać do kolejnej dekady. Nowy film z serii swoją premierę miał 17 sierpnia 1990. Co ciekawe, tym razem na reżyserskim krzesełku usiadł sam Blatty, który pierwsze doświadczenie w kręceniu filmów zdobył dziesięć lat wcześniej, przy okazji filmu Ninth Configuration.
 

Egzorcysta III okazał się przede wszystkim dziełem skrajnie różniącym się od swoich poprzedników. Blatty postanowił nie tylko zignorować felerny sequel sprzed 13 lat, ale i umieścić całość w zupełnie innej konwencji. Chociaż nadal mamy tu do czynienia z tematyką opętania, naszym głównym bohaterem nie jest już przedstawiciel Kościoła Katolickiego, a porucznik Policji, William Kindermann, którego być może pamiętacie z pierwszego filmu. Prowadzi on śledztwo w sprawie brutalnych morderstw o zabarwieniu religijnym. Wszystkie poszlaki wskazują, że za zbrodnie odpowiedzialny jest (inspirowany słynnym Zodiakiem, który zabijał w Stanach na przełomie lat 60 i 70) Bliźniaczy morderca. Problem w tym, że ten został już stracony już dawno temu...


Jeśli na tym etapie stwierdziliście, że opis filmu bardziej przypomina thriller kryminalny, to oczywiście macie rację, bo właśnie tym przez znaczną część seansu jest Egzorcysta III. Blatty zdecydowanie nie miał zamiaru się powtarzać i słusznie, bo gdyby zaserwowałby nam powtórkę z rozrywki, jego film byłby odgórnie skazany w jakimś stopniu na porażkę. Czy odgrzewany kotlet może smakować? Może, jak najbardziej, choć zawsze podczas takiego posiłku człowiek myśli o czasach, gdy mógł pozwolić sobie na coś świeżego. Z drugiej strony, ten film ma tak mało wspólnego z Egzorcystą, że mógłby równie dobrze powstać jako niepowiązane dzieło, bo wszelkie nici łączące oba tytuły są na tyle słabe, że można by je zerwać bez większej straty dla któregokolwiek z nich. 

To zastanawiająca sprawa, bo nie umiem powiedzieć, czy na tym etapie to, że film nazywa się tak jak się nazywa mu pomogło, czy tylko zaszkodziło. Teoretycznie łatwiej sprzedać znaną markę, niż wypromować nowy tytuł, ale pytanie brzmi: czy ktoś byłby w stanie dać szansę trzeciemu Egzorcyście,  skoro już „dwójka” była tak fatalna, że bywała uznawana za jeden z najgorszych sequeli jakie kiedykolwiek powstały? Ostatecznie film zarobił podobną ilość pieniędzy, co film Boormana, czyli w przybliżeniu  jakieś 30 milionów dolarów, przy 10 milionowym budżecie. Napisałbym, że tragicznie nie było, choć podejrzewam, że była to suma niezadowalająca dla producentów, zważywszy na to, że pierwszy Egzorcysta zarobił niemalże pół miliarda.



Wróćmy jednak do samego filmu. To dość kameralne kino, nieśpieszne w narracji i oszczędne w środkach ekspresji. Wszystko opiera się tu na stopniowym budowaniu napięcia, nie poprzez tanie efekciarstwo, a wgłębienie się widza w historię i zapoznanie się z bohaterami. Blatty dawkuje emocje bardzo rozsądnie i takie decyzje, jak np. ograniczenie jakichkolwiek efektów dźwiękowych do niezbędnego minimum robią tylko wiele dobrego filmowi, którego lwia część akcji odbywa się w szpitalu psychiatrycznym. Jedyne co słyszymy to samotne kroki głównego bohatera,  dźwięki zamykanych na cztery spusty drzwi pacjentów i nieustający, jesienny deszcz. I owszem, potrzeba chwili,  by wgryźć się w ten film, lecz w końcu zaczyna oddziaływać hipnotyzująco na widza. 

Egzorcysta III przypomina mi dawne, spowodowane bezsennością seanse, które polegały na wynajdowaniu czegokolwiek do obejrzenia w nadziei, że pomoże to w zaśnięciu. Czasami odkrywało się filmy niepozorne, jednak na tyle fascynujące, że zmęczone, obojętne oczy nabierały objętości i dziecięcego entuzjazmu.  I to jest właśnie taki film: idealny do nocnych posiadówek, gdy za oknem jest jedynie ciemność, a człowiek siedzi przykryty kocem i stara się nie wybudzić reszty domowników.


Film swoje wyżyny osiąga gdzieś w połowie seansu, gdy dochodzi do spotkania Kindermanna z domniemanym Bliźniaczym zabójcą.  Najlepsze elementy fabuły ukryte są właśnie w dialogach dwóch panów i to one budują w widzu największy niepokój. Angaż Brada Douriffa do roli  opętańczego psychola o smutnych oczach był najlepszym, co mogło trafić się temu filmowi. Jak to mawiają Amerykanie: Let’s face it. Douriff jest najlepszym człowiekiem do grania wszelkiej maści zwichrowańców i oglądanie go na ekranie to wielka przyjemność.
 
Brad Douriff znany jest przede wszystkim z takich filmów jak Lot nad kukułczym gniazdem, Mississipi w ogniu, czy Laleczka Chucky.

Gdybym jednak nie wspomniał jeszcze o George’u C. Scott’cie, który wcielił się w głównego bohatera filmu, to byłbym najzwyklejszym gnojem i świnią. Tego weterana kina być może kojarzycie z takich filmów jak Patton, czy Dr.Strangelove, choć jeśli karmicie się głównie grozą, to jest spora szansa na to, że pierwszym skojarzeniem będzie bardzo dobry (i równie nieśpieszny, co opisywany tu film) Changeling, u znany pod tytułem Zemsta po latach. Nigdy nie czułem się dobry w analizie czyjegoś aktorstwa, tu będziecie mi wybaczyć moje ograniczone kompetencje i banalne słownictwo, bo gdy myślę o kreacji George’a, to myślę przede wszystkim o tym, jak bardzo potrafił zaskarbić sobie moją sympatię i umiejętności sprawienia, że jego bohater jest człowiekiem z krwi i kości. Starszy pan o dość surowym wyglądzie, który dużo zyskuje przy bliższym poznaniu i pokazuje, czym jest przyjacielskie oddanie, żałoba, czy też w końcu strach o siebie i bliskich.


Wspomniane już przeze mnie (i to chyba nie raz) powolne budowanie napięcia w końcu znajduje upust w postaci scen niepokojących i autentycznie przerażających. Nie lubię terminu „jumpscare”, który przez produkcje z ostatnich lat zbyt mocno kojarzy mi się z tandetną próbą straszenia widza za wszelką cenę i jak najbardziej banalnymi środkami. W końcu, często wyskakujące zza rogu zagrożenie zamienia horror w nieświadomą parodię, a sam seans staje się festiwalem oczekiwania na ograne schematy po to, by w końcu je wyśmiać.  Blatty miał jednak na tyle wyczucia (a przypominam, to jednak dość niedoświadczony reżyser. Był to drugi i zarazem ostatni film, który nakręcił), by serwować tego typu akcje ostrożnie i w chwilach, gdy widz traci czujność, dzięki czemu udało mu się stworzyć jedną z najstraszniejszych scen w historii filmowego horroru.



Efekt psują jedynie ostatnie minuty filmu, które zostały wymuszone na reżyserze przez wytwórnie. Ta koniecznie chciała efekciarskiego zakończenia, które zawierałoby egzorcyzmy. Niby nie  jest to wielka sprawa i faktycznie wygląda to bardzo dobrze, a jednak odczuwam lekki niesmak, ponieważ te sceny pasują do filmu jak rodzynki do sernika. I tak, wiem, niektórzy lubią, choć dla mnie to istna cukiernicza abominacja z piekła rodem.


Jeśli wierzyć zapewnieniom co niektórych, ten i tak niewielki mankament naprawia wersja reżyserska, która przez wiele lat uważana była za zagubioną, ale od jakiegoś czas można ją dorwać na blu ray. Ten seans jeszcze przede mną, a póki co nie pozostaje mi nic innego, jak namówienie Was na seans Egzorcysty III. Warto. Jeśli stwierdzicie, że zmarnowałem Wasz czas, to możecie przyjechać i spalić mi chałupę, a co tam!

Brak komentarzy: