sobota, 6 stycznia 2018

Dark Waters a.k.a. Temnye vody (1993)



Tekst ten pojawił się pierwotnie w formie jednoakapitowej notki wchodzącej w skład redakcyjnej wyliczanki Halloween Horror Show III na kinomisja.pl. Mam jednak poczucie, że film zasługuje na to, by napisać o nim nieco więcej, czego rezultat znajduje się poniżej. Oryginalną wersję znajdziecie natomiast tutaj.


Nie wyobrażam sobie rozmowy o horrorze, w której pominięta byłaby postać H.P. Lovecrafta. Zasługi Samotnika z Providence na rozwój tego gatunku, zarówno w formie literackiej, jak i filmowej, są wręcz nieocenione. Oczywiście może mi tu ktoś zaraz wyskoczyć z tekstem, że hola, hola, panie Kuszyński, przecież filmów bezpośrednio opartych na prozie Lovecrafta nie było znowuż aż tak dużo, a gdy już były, to albo niezbyt wierne, albo nieszczególnie udane. Jeśli jednak spojrzeć na prozę Lovecrafta jako na zbiór określonych motywów, to okazuje się, że elementy jego twórczości są w kinie nagminne. Opowieściami o wielkich przedwiecznych i innych niewyobrażalnych okropieństwach inspirowali się w końcu tacy twórcy jak Roger Corman, John Carpenter, Lucio Fulci czy nawet Mario Bava. Swoją cegiełkę na temat lovecraftiańskiego kina dołożył również szerzej nieznany Mariano Baino, który w 1993 nakręcił Dark Waters.


Główną bohaterką filmu jest Elizabeth, młoda angielka, która dziedziczy po śmierci ojca dość osobliwy spadek, który zobowiązuje ją do regularnego wpłacania datków na rzecz tajemniczego klasztoru położonego gdzieś niedaleko Bałtyku, datków, które zresztą, zmarły ojciec wpłacał w tajemnicy przez wiele, wiele lat. W celu uchylenia rąbka tajemnicy bohaterka wyrusza więc w podróż do wschodniej europy na spotkanie z siostrą przełożoną zakonu. Jak jednak ostrzega ją jedna z mniszek: niewiedza bywa błogosławieństwem i faktycznie, prawda, którą odkryć ma Elizabeth, jest doprawdy zatrważająca, tym bardziej że dotyczy ona nie tylko samego zakonu, ale i jej własnej osoby.

Dark Waters powstało w momencie, gdy włoski horror swój najlepszy okres miał już dawno za sobą. Produkcji tego typu ubywało z roku na rok, a weterani gatunku albo wpadali w twórczy marazm i wypuszczali coraz słabsze filmy (Dario Argento) albo zbliżali się do końca swego żywota (Fulci, który ostatni swój film wypuścił w 1991, zmarł pięć lat później). Byli też tacy, którzy zupełnie zmienili grupę docelową i tak np. Lamberto Bava zasłynął przede wszystkim jako reżyser familijnych filmów fantasy, ze słynnym cyklem Fantaghiro na czele. Na warcie stał jeszcze co prawda (wiecznie niedoceniany) Michele Soavi, który jednak swój ostatni duży film, The Cemetery Man z Rupertem Everetem w roli głównej, popełnił już w 1994 roku.


Jeżeli zaś chodzi o reżysera omawianego to filmu, to tak na dobrą sprawę, z włoskim przemysłem nie miał nawet nic wspólnego, bo już w 1990, dwudziestotrzyletni Baino mieszkał w Wielkiej Brytanii, gdzie nakręcił Carunculę, krótkometrażówkę, którą miał szansę zaprezentować na kilku europejskich festiwalach filmowych. Produkcja ta przykuła uwagę przede wszystkim na...Syberii, gdzie znalazła się osoba skłonna zainwestować w młodego reżysera. Victor Zuev, bo tak nazywał się ów producent, zapewnił Marianowi budżet, ekipę filmową i możliwość kręcenia na Ukrainie. 

Tak po prawdzie, to gdyby trzymać się faktów, to powinno się uznawać Dark Waters za brytyjsko-rosyjską koprodukcję, a jednak nie potrafię nie myśleć o tym filmie jako o kolejnym reprezentancie włoskiego horroru. Dzieje się tak nie tylko ze względu na narodowość reżysera, ale także na to, że Dark Waters posiada wszystkie te cechy, które spowodowały, że zakochałem się w horrorze made in Italy. I tak jak robił to między innymi Dario Argento, tak Baino opierał swoją grozę na warstwie audiowizualnej, tworzeniu perfekcyjnych realizatorsko i przy tym mocno odrealnionych obrazów, które najlepiej opisać jako projekcje sennych koszmarów.


To pozycja mocno naznaczona wpływem twórczości H.P. Lovecrafta, wywołująca silne poczucie dyskomfortu i lęk przed nieznanym. Jak twierdził w jednym z wywiadów Baino, nie opierał on swojego filmu bezpośrednio na którymkolwiek z opowiadań Samotnika z Providence, jednak zarówno on, jak i Andy Bark (współscenarzysta filmu) od wielu lat są oddanymi fanami mistrza grozy. Niezależnie od tego, czy wszelkie lovecraftiańskie elementy w filmie powstały podświadomie, czy też nie, nie da się ukryć, że najbardziej widoczne są tu zapożyczenia z opowiadania Widmo nad Innsmouth. To opowieść o zetknięciu się osoby z tak zwanego cywilizowanego świata z obcą i przypuszczalnie wrogą jej kulturą, której tajemnice potrafią zaskakująco odmienić los człowieka.

Dark Waters to doskonały przykład definicji kina kultowego, filmu, który nigdy nie zyskał jakiejś szczególnej sławy, z czasem jednak znalazł niewielkie grono bardzo wiernych mu wyznawców. Twierdzę jednak, że nas jednak zbyt mało, zwłaszcza że jest to prawdopodobnie jeden z najlepszych filmów starających oddać się klimat znany z opowiadań Lovecrafta. Fanów pisarza mamy w końcu na pęczki, więc jeśli to czytacie, to wiedzcie, że istnieje film idealny dla Was i jest to pozycja wręcz obowiązkowa. W końcu, gdyby sam H.P. mógł obejrzeć Dark Waters, to najpewniej opisałby go swoim ulubionym przymiotnikiem: Eldritch


Brak komentarzy: