wtorek, 30 stycznia 2018

William Hope Hodgson- Szalupy z "Glen Carrig"



“Jeżeli chodzi o poważne podejście do nierzeczywistego, to Pan Hodgson prawdopodobnie ustępuje wyłącznie Algernonowi Blackwoodowi. Niewielu też jest w stanie dorównać Mu w zapowiadaniu nadejścia nienazwanych mocy tudzież oblegających monstrualnych bytów za pomocą zdawkowych wskazówek i nieznacznych detali”


H.P. Lovecraft, Nadnaturalny horror w literaturze



Nieznane. Taką odpowiedź zyskalibyście, gdybym miał powiedzieć, co przyciąga mnie do weird fiction. Kontakt z tego typu literaturą mocno kojarzy mi się z dzieciństwem, magicznym okresem w życiu, w którym wszystko było ekscytujące i potencjalnie niebezpieczne. To jak zejście z utartej już leśnej dróżki w poszukiwaniu nowego i rosnące z każdym krokiem poczucie niepokoju, napędzane przez szalejącą wyobraźnie i wpajane przez babuleńkę baśnie i legendy. I choć większość z wiekiem poddała się codzienności życia, zawsze pozostawała garstka zapaleńców, którzy podążając za romantycznym snem o przygodzie, werbowali się na pokłady statków, by doświadczyć tego, co dla zwykłego szczura lądowego kojarzyć się mogło tylko i wyłącznie z fantazją.


Marynarzem został, chociażby urodzony w 1877 roku William Hope Hodgson, który za młodu wielokrotnie uciekał z domu w poszukiwaniu lepszego (i zapewne ciekawszego) życia. W spełnieniu marzenia pomógł mu wuj, który zapewnił mu naukę na statku handlowym w 1891. Oprócz żeglugi Hodgson interesował się fotografią, kulturystyką (udało mu się nawet założyć własną szkołę) oraz literaturą, którą zaczął się zajmować na początku XX wieku. Historie pisane przez tego autora często inspirowane były jego wojażami na morzu, nie skąpił w nich przy tym elementu fantastycznego.


Szalupy z “Glen Carrig”
Czyli opowieść o przygodach tychże
w niewidzialnych rejonach Ziemi po tym,
jak dzielny statek “Glen Carrig” zatonął,
wszedłszy na podwodną skałę
na nieznanych morzach południowych,
Jak ją przedstawił nobilis John Winterstraw
synowi swemu, Jamesowi, w roku Pańskim 1757,
ten ostatni zaś ową wiernie i czytelnie spisał.


-wstęp do Szalupy z “Glen Carrig”


Szalupy z “Glen Carrig” będące debiutancką powieścią autora łączą w sobie elementy powieści przygodowej o mocno survivalistycznej naturze z grozą wynikającą z kontaktem z przedziwną i nieznaną dotąd naturą. Ocalali z katastrofy bohaterowie błąkają się po morzu w poszukiwaniu cywilizowanego skrawka lądu po drodze natrafiając na osobliwą, bagienną wyspę a także olbrzymich rozmiarów ośmiornice, kraby czy też w końcu obrzydzających ludzi-ślimaków. Narracja, gdy nie przedstawia prób przetrwania w piekielnie niesprzyjających warunkach, skupia się przede wszystkim na przedstawieniu niezwykłości części świata, w której znaleźli się marynarze, niezwykłej egzotyce, ale i niebezpieczeństwie, które może czaić się tuż za rogiem. Najmniej uwagi poświęca się ludziom, którzy w znacznej większości pozostają nam anonimowi, najczęściej przedstawiając nam z imienia tych, którzy dogorywają napadnięci przez plugawe bestie ukrywające się za dnia pod grubymi warstwami morskich glonów. Trochę jakby z założenia, że to jaki człowiek jest, każdy widzi, a to co ma nas najbardziej zajmować to nie ludzcy bohaterowie, a niezwykłość świata przedstawionego.



W tym z kolei pomaga narracja, która przybrała tu formę dziennika i z racji tego obfituje ona przede wszystkim w opisy wydarzeń i wspomnianej już flory i fauny. To bardzo krótka pozycja, licząca niewiele ponad 150 stron, które jednak po brzegi wypełnione są treścią. Momentami język zdaje się nieco archaiczny, wszystko po to by lepiej oddać ówczesne realia (akcja bowiem dzieje się w XVIII wieku) jednak jest to raczej smaczek i z pewnością nic utrudniającego odbiór całości.

Szalupy czyta się bowiem niezwykle lekko i gdy się już załapie bakcyla to najpewniej całość skończy się za jednym posiedzeniem. Nie będe przy tym ukrywał, że bardziej do mnie przemawia pierwsza połowa historii, która ma w sobie sporo elementów grozy, podczas gdy później akcentuje się przede wszystkim elementy survivalistyczne i akcję, choć to oczywiście żaden zarzut bo i tak do samego końca byłem pod sporym wrażeniem. W końcu, niezależnie od tego, czy w danej chwili obcowałem z horrorem, czy z przygodą to dostałem porządnie napisane pulp fiction, które po prostu daje kupę radochy. Jeśli ktoś chce znowu poczuć się jak ciekawe świata i głodne przygód dziecko, to sięgać koniecznie.

1 komentarz:

Cleo Sev pisze...

Uwielbiam fantastykę ale to jest z pewnością czymś odmiennym i interesującym. Z czymś takim nie miałam jeszcze spotkania. Zostałam przez ciebie zainteresowana.
Pozdrawiam i zapraszam do siebie Słońce, https://cleosevhome.blogspot.com/