środa, 7 lutego 2018

Czy The Cloverfield Paradox to rzeczywiście taki straszliwy gniot?


W Styczniu 2008 premierę miał Cloverfield, który na warsztat wziął kiczowatą tematykę kaiju i dostosował ją pod współczesne i nieco “poważniejsze” gusta. Film otrzymał dość dobre oceny, zwłaszcza wśród krytyków, którzy chwalili za realistyczne podejście do konwencji i odwoływanie się do traumy związanej z atakami terrorystycznymi z 11 września. Osiem lat później w kinach pojawił się jego duchowy następca: Cloverfield Lane 10, który zebrał podobne reakcje, choć ze względu na totalnie wywrotowe zakończenie, wielu widzów kończyło seans z dużym niesmakiem. Jest rok 2018, nie tak dawno temu minęło dziesięciolecie Cloverfield i totalnie znienacka na platformie Netflix pojawił się trzeci film z serii, który niemal z marszu na pewnym słynnym portalu otrzymał status zgniłego pomidora. Ja z kolei zastanawiam się, czy to nie raczej całkiem smaczny kiszony ogórek.

Kadr przedstawia reakcje jakie pojawiają się, gdy na żywo jest się świadkiem widoków jak z filmów Shinjiego Tsukamoto
W niedalekiej przyszłości ziemianie borykają się z poważnym kryzysem energetycznym. Surowców starczy ledwie na kilka lat, co prowadzi do wielu spięć pomiędzy nacjami, a to z kolei sprawia, że kolejna wojna światowa wisi na włosku. Jedynym ratunkiem dla ludzkości jest umieszczony poza Ziemią akcelerator cząstek, który ma zapewnić nieskończone źródło energii. Próby uruchomienia urządzenia prowadzą (oczywiście) do olbrzymich kłopotów, a dokładniej nałożeniu się na siebie kilku rzeczywistości.

The Cloverfield Paradox wykorzystuje teorie naukowe w pobieżny sposób, jako źródło inspiracji, a przede wszystkim wymówka do przedstawiania wydarzeń absolutnie niewytłumaczalnych i przedziwnych. W rezultacie widzowie otrzymali film przegięty pod względem wielu rozwiązań, a przez to i totalnie nieprzewidywalny. Gdy już zaczyna się dziać, to ogląda się Paradox w oczekiwaniu na festiwal odjechanych pulpowych pomysłów, oczekiwaniu, które przez trzy czwarte seansu udaje się filmowi spełniać za pomocą takich akcji jak pochłaniające ludzi ściany, czy re-materializujących się przedmiotach w czyiś wnętrznościach. To pseudonaukowa fantazja, którą ogląda się jak kultową Strefę Mroku, tyle że w kosmosie i muszę przyznać, że dzięki temu szaleństwu podczas seansu bawiłem się całkiem nieźle. 

Film bywa jednocześnie zaskakujący, jak i banalny. Nieprzewidywalne są skutki wywołanego przez naukowców paradoksu, jednak sami bohaterowie to zwykła sztampa.
I tak, doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że The Cloverfield Paradox jest filmem wypełnionym po brzegi wadami. Po dwóch seansach nadal nie bardzo ogarniam jak nazywają się członkowie załogi, którzy są wybitnie nieciekawi, a ich pobudki i konflikty są bardzo źle napisane. Nie brakuje tutaj takich banałów jak antagonizujący siebie Rosjanin i Niemiec, czy dość oczywisty “plot twist” ze zdradą jednego z członków załogi. Produkcji można również zarzucić też to, że więcej pożycza od znanych filmów sci fi, z Obcym (1979) i Ukrytym Wymiarem (1997) na czele, niż daje od siebie, nie wspominając już o tym, że absurdalność fabuły już sama w sobie może być dla wielu wystarczającym powodem, by zostawić ten film w cholerę.

Jeśli jednak o mnie chodzi, to ciężko mi z tego powodu wieszać na The Cloverfield Paradox psy, przede wszystkim dlatego, że jako fan pulpy często zachwycam się filmami o mocno umownej fabule z papierowymi postaciami i absolutnie nie widzę siebie próbującego wszystkim znajomym wciskać na ten przykład The Beyond (1981) Fulciego i jednocześnie krytykującego nowy film, który powiela wady jednak charakterystyczne dla wielu produkcji tak zwanej “b-klasy”.

W The Cloverfield Paradox nie brakuje nawiązań do starszych filmów. Jeszcze nie zdecydowałem, czy twórcy tutaj bardziej odwołują się do Rodziny Addamsów, czy Evil Dead 2.
Wydaje mi się, że tym właśnie The Cloverfield Paradox jest, że seria, która zaczęła się od przerabiania pulpowych pomysłów (destrukcja miasta przez przerośniętego zwierzaka, atak kosmitów na ziemię) na tak zwane "poważne" kino w końcu sama stała się pełnoprawną pulpą. Stwarza to pewien problem, bo oczywiste jest, że będąc częścią dobrze przyjętej serii Paradox będzie oceniany przede wszystkim przez pryzmat poprzedników i to przez szerszą widownie, która niekoniecznie musi być zadowolona z obranego tu kierunku. Paradoxowi bardzo mocno się więc obrywa i obecnie zaczyna przeważać opinia, że film to straszny szrot, podczas gdy w rzeczywistości jest to po prostu dość przyjemny średniak.

Nie widzę też żadnego przypadku, ani tym bardziej krzywdy w tym, że film zamiast otrzymać dystrybucję kinową wylądował od razu na streamingu i czuję podskórnie, że gdyby swoją premierę miał pod koniec lat 80 to równie niespodziewanie pojawiłby się na półkach z kasetami video jako ciekawy, eksploatujący swoją niszę b-klasowiec, który potrafi zapewnić chwilę niewymagającej rozrywki w niedzielne popołudnie. To w sumie pokazuje, że w przyrodzie nic nie ginie i tak jak film klasy B najpierw przekształcił się z kinowego zapychacza podczas seansów double feature w film lądujący od razu na kasety video, tak w końcu stał się netflixowym filmem klasy N. I dobrze, bo taka rozrywka też jest nam potrzebna.

Brak komentarzy: