piątek, 1 czerwca 2018

William Castle i jego niesamowite chwyty marketingowe cz 2: Film tak straszny, że umrzesz w kinie


William Castle był producentem i reżyserem niskobudżetowych dreszczowców, który pod koniec lat 50 XX w. szczególną sławę zyskał dzięki nieszablonowym sposobom promocji swoich filmów. Tym sposobem tanie, często niepozbawione wad, niezależne produkcje przyciągały na seanse tłumy W poprzednim tekście (Dziewczyna, która powiedziała “nie” Hitlerowi) mogliście przeczytać o zaangażowaniu Castle'a w teatr. Dziś z kolei przyjrzymy się początkom jego kariery reżyserskiej, a także zadziwiającemu i niezwykle efektywnemu zabiegowi promocyjnemu, który towarzyszył podczas premiery pierwszego niezależnego dreszczowca naszego bohatera.

W Columbia Pictures


William Castle nie zabawił zbyt długo w posiadanym przez siebie teatrze. Jak się później okazało, podczas premiery (wspomnianej w poprzedniej części tekstu) sztuki z Ellene Schwannecke w roli głównej, wśród publiczności znajdował się niejaki Samuel Marks, wysłannik Columbia Pictures, który zaproponował Castle’owi możliwość spotkania się z Harrym Cohnem, prezydentem wytwórni. W zasadzie było to naprawdę niewiele, słynący bowiem z szorstkiego charakteru Cohn mógł takiego młokosa jak Castle po prostu wyszydzić, a następnie wyrzucić za drzwi. Jak to jednak mawiają: “do odważnych świat należy!” i tak więc nie namyślając się wiele, Castle wyruszył do Hollywood by spełnić swoje marzenia o zostaniu reżyserem filmowym.


The Chance of a Lifetime (1943) 
to pierwszy film wyreżyserowany 
przez Williama Castle

I jak się pewnie domyślacie, Castle robotę dostał, choć trzeba dodać, że był to zaledwie początek bardzo długiej i wyboistej drogi, podczas której William poznawał tajniki tworzenia filmu od kuchni. Możliwość wyreżyserowania swojego pierwszego obrazu otrzymał po czterech latach pracy w wytwórni (czyli w 1943 roku) za sprawą The Change of a Lifetime, b-klasowego filmu kryminalnego, po którym kariera Castle’a w zawodzie wystrzeliła jak z procy. 



Czy The Change of a Lifetime okazało się w jakimś stopniu przebojem? A skądże! Istniała jednak potrzeba produkowania tanich filmów zapychaczy, które lądowały w kinach na seansach double feature (o tym możecie poczytać tu), zaś Castle wkrótce wyrobił sobie renomę jako bardzo szybko pracujący fachura, co to nawet z gówna bicz ukręci i wybatożoną nim publiczność zagna do sal kinowych. No dobra! Z tym ostatnim stwierdzeniem to już zdecydowanie odpłynąłem, ale rozumiecie chyba, co chcę Wam przekazać, prawda? Facet był, po prostu dobry w tym, co robił i to na tyle, że przez następne 14 lat nie mógł narzekać na brak pracy i do 1956 roku w swoim portfolio miał w sumie 38 filmów wszelkiej maści, od kryminałów po westerny, czy kino przygodowe. Do szczęścia brakowało mu tylko jednego i w jego odczuciu najwspanialszego gatunku...



Ale ja chcę kręcić horrory!





Przełomowym momentem dla kariery Williama był seans francuskiego filmu pod tytułem Les Diaboliques (1955), podczas którego zauważył, że znaczna większość publiczności to ludzie młodzi. Ba! Nawet zbyt młodzi na tak drastyczne i emocjonujące kino! Jednak to właśnie dorastające umysły, a nie stateczni dorośli, najbardziej pragnęły filmów, które przywołują ciarki na plecach i mrożą krew w żyłach. Emocje te tak bardzo się udzieliły Castle’owi, że ten postanowił, iż jego kolejny film musi wywoływać przede wszystkim trwogę!

Innym ważnym kryterium dla Castle’a była swoboda twórcza, dlatego też upierał się przy tym, by oprócz reżyserii mógł także wyprodukować sam film, warunek, na który niestety Columbia Pictures, nie chciało się zgodzić. William postawił więc wszystko na jedną kartę: zadecydował stworzyć swój wymarzony film jako twórca niezależny, finansując go przede wszystkim z hipoteki, co dla niego oznaczało tyle, że ewentualna porażka komercyjna wiązała się z utratą domu.

Istna makabra!

kadr z Macabre

Ów dzieło, o prostym, ale chwytliwym tytule Macabre do sal kinowych trafiło w 1958 roku. Była to adaptacja niezbyt znanej powieści The Marble Forest autorstwa Theo Durranta (tak naprawdę autor o takim nazwisku nigdy nie istniał. Był to tylko pseudonim grupy pisarzy, którzy pisali w kooperatywie), którego historia kręci się wokół poszukiwań porwanego dziecka. Dodatkowych dreszczy emocji dodaje tu fakt, że psychopata odpowiedzialny za porwanie postanawia zagrać w chorą grę: Dziecko zostaje pochowane żywcem na pobliskim cmentarzu, o czym informuje przerażonych bohaterów. Wtedy to zaczyna się prawdziwy wyścig z czasem. Czy uda im się odnaleźć dziewczynkę, zanim w trumience zabraknie powietrza? 


Trzeba przyznać, że pomysł na fabułę jest tu faktycznie nielichy i potrafi wykrzesać z człowieka należytą ilość niepokoju, choć z czasem iskra niknie, gdy okazuje się, że intryga zawarta w filmie nie jest zbyt dobrze napisana i skupia się przede wszystkim na szokowaniu widza, nawet jeśli kosztem jest wiarygodność całości. Film się jednak sprzedał i to bardzo dobrze, co jest, rzecz jasna, zasługą Williama Castle’a, który wymyślił nadzwyczaj cwany sposób na przykucie uwagi widzów.



To nie jest film dla zawałowców


Plakat promujący film


Pewnie nie raz ani nie dwa słyszeliście o horrorze tak strasznym, że ludzie umierali na zawał w kinie. I pewnie też spotkaliście się z osobą, która takie dyrdymały brała zdecydowanie na serio. No cóż, podziękować można za to nikomu innemu jak właśnie Williamowi Castle’owi, który postanowił, że wykupi polisę ubezpieczeniową dla każdego widza, który zdecyduje się wybrać na jego film. Aby móc obejrzeć Macabre w kinie należało więc podpisać dokument, który stanowił, iż w razie śmierci z przerażenia rodzina takiego nieszczęśnika otrzymałaby 1000 dolarów (biorąc pod uwagę inflację, byłoby to dzisiaj niemal dziewięć razy tyle).

ubezpieczenie dla widza w razie śmierci ze strachu

Zadbano również o to, by w holu, tuż przed wejściem do sali kinowej oczekiwała pielęgniarka w razie, gdyby któryś z widzów zaniemógł. Nierzadko pod kino podjeżdżały też uprzednio wynajęte karawany gotowe w razie czyjegoś nagłego zgonu. Dla wzmocnienia efektu Castle kazał pracownikom zakładu pogrzebowego wnosić trumnę do  wypełnionej już publiką sali. 


Bilety do kin wyprzedawały się głównie z powodu olbrzymiej ciekawości. W końcu trzeba było się przekonać, co w tym filmie może być tak przerażającego, że postanowiono wprowadzić tak radykalne “środki bezpieczeństwa”? 


I tym sposobem film, którego budżet wynosił jakieś 90,000 dolarów zarobił w sumie 5 milionów. Olbrzymi sukces? No jasne, ale też i niemały orzech do zgryzienia. W końcu, jego następny film musiałby zadziwiać jeszcze bardziej. Jednak o tym w następnym odcinku!



Brak komentarzy: