czwartek, 12 lipca 2018

Junji Ito: Wariactwa i koszmary



Moje zainteresowanie japońską popkulturą zaczęło się dzięki Polsatowi, wraz z emisją pierwszego odcinka Czarodziejki z księżyca. Byłem tym serialem totalnie zafascynowany i jeśli bym miał sobie teraz przypomnieć co wtedy tak bardzo mi się w nim podobało, to musiałbym napisać, że była to przede wszystkim inność względem tego co zapewniały mi kreskówki z mojego obszaru kulturowego. Możliwość obcowania z czymś nowym wiązała się z ekscytacją, była jak odkrywanie niezbadanych dotąd lądów. I im więcej pochłaniałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę jak bardzo różnimy się od Japończyków, pod względem obyczajów, poczucia humoru, czy też konwencji grozy. Ta, często szokująca  i nad wyraz groteskowa  potrafi pozostawić odbiorcę okrutnie skonfundowanego i wypełnionego trudnym do opisania niepokojem. Właśnie w ten sposób opisałbym uczucia, które mi towarzyszyły podczas lektury komiksów jednego z najważniejszych współczesnych mangaków parających się horrorem, Junjiego Ito.

Z Ito zapoznałem się na absolutnym spontanie. Nazwisko, jak i losowe kadry z jego dzieł, kojarzyłem z internetu, gdzie służył on jako nagminny przykład tego, jak bardzo powykręcany i chory bywa azjatycki horror. I pomimo tego, że trudno mi było pozostać na owe grafiki obojętnym, nie rzuciłem się na Ito natychmiastowo, a raczej odwlekałem poznanie mang grozy zapisując je na listę dzieł kultury zatytułowaną „na kiedyś”. Zrządzenie losu jednak sprawiło, że naprzeciwko lubianej przeze mnie burgerowni znajduje się sklep z mangami. Czy da się do takiego przybytku nie wejść? Czy da się zaoszczędzić te ostatnie parę groszy, które zostały na koncie bankowym? Według wioskowej starszyzny jest to możliwe, aczkolwiek ja jestem zbyt impulsywny i nieodpowiedzialny by tak po prostu nie skorzystać ze sposobności . Wbiłem na bułę i kotleta, a wyszedłem z kilkoma tomikami japońskich komiksów, w tym jednym autorstwa Junjiego Ito. Komiks był kupiony zresztą totalnie „na pałę”, bez czytania jakichkolwiek recenzji, opinii, czy wszelakich rankingów typu „ top 10 na początek”. Można powiedzieć, że sięgając po niego byłem „czysty”, niesplugawiony czyimiś sugestiami i opiniami i oprócz tego, że na pewno będzie dziwnie, nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać. A komiks ten zatytułowany był…

Tomie
Tytułowa Tomie to wyjątkowo atrakcyjna nastolatka, która potrafi nie tylko owinąć sobie każdego faceta wokół palca, ale także doprowadzić go do obłędu. Nie ma w tym stwierdzeniu ani krzty przesady: pewnego dnia zazdrosny kochanek makabrycznie morduje Tomie, rąbiąc ją na małe kawałki, które następnie zostają porozrzucane po Japonii. Rzecz w tym, że dzień po pogrzebie Tomie przychodzi do szkoły jak gdyby nigdy nic się nie stało i można powiedzieć, że historia zatacza koło.  Tajemnicza dziewczyna wywiera wpływ na kolejne osoby, które później dokonują makabrycznych czynów z finałem, który kończy się (tymczasową) śmiercią Tomie.

Wciągnęło mnie jak diabli. Zafascynowany wlepiałem gały w kreskę, która początkowo była bardzo, ale to bardzo prosta, jednak nabierała szczegółowości w chwilach, gdy kadry wypełniała makabra i groteska.  Momentami łapałem się za głowę i mógłbym przysiąc, że facet był wtedy w moich oczach najbardziej pomysłowym jegomościem, który kiedykolwiek parał się straszeniem ludzi.

Pierwszy tomik pochłonąłem na raz, jak najszybciej pobiegłem po drugi, zabrałem się do czytania i…coś zaczęło mi nieprzyjemnie zgrzytać. Widzicie, Tomie to nie jest jedna, spójna fabuła, a raczej antologia historyjek, których spoiwem jest tytułowa bohaterka. Od czasu do czasu autor posuwa jednak fabułę nieco do przodu, rzuca zanętę by czytelnik czytał dalej, bo może już w następnej historii dowiemy się czegoś więcej o demonicznej Tomie. No i ja oczywiście dałem się na to nabrać, nie odlepiałem oczu od kartek, a jednak coraz mocniej zaczynało mnie uwierać to, że zasadniczo Ito wyobraźnie owszem ma, ale do rysowania skrajnie porąbanej groteski, podczas gdy fabuła działa według określonego szablonu i służy wyłącznie za pretekst do tego, by mógł co dziwniejsze fantazje przelewać na papier. Odbiło mi się czkawką i dostałem niestrawności, choć częściowo z winy mojego komiksowego „obżarstwa”. Tomie zadebiutowała w 1989 na łamach Monthly Halloween, gdzie pojawiała się przez ponad dziesięć lat i ewidentnie jest dziełem skonstruowanym w taki sposób, by dawkowano ją sobie właśnie sporadycznie i była przystępna nawet dla kogoś, kto natrafia na komiks przypadkiem i nie musi znać poprzednich rozdziałów, by czerpać z lektury satysfakcję. Wtedy to szablonowość Tomie ma jak najbardziej sens.

I być może, gdybym czytał sobie ten komiks na spokojnie, do poduchy, to zaoszczędziłbym sobie uczucia rozczarowania i małego niedosytu. Ale hey, w końcu to dopiero początek poznawania tego autora. Zawsze istniała możliwość, że jeślibym sięgnął po coś, co stanowi bardziej spójną całość, to bym był bardziej usatysfakcjonowany. Zabrałem się więc za jedno z najbardziej znanych dzieł Ito, czyli…

Gyo

Okinawa staje się miejscem inwazji…ryb, które poruszają się na mechanicznych, pajęczych odnóżach. Dziwne? To dopiero początek. Wraz ze zmodyfikowanymi mieszkańcami morza pojawia się niemożliwy do zniesienia smród, który okazuje się paskudnym wirusem infekującym także ludzi. Jakie są jego skutki? Powiedzmy, że zaczyna się od nieco nieświeżego oddechu, potem pojawiają się zaparcia, a gdy w końcu ciało zaczyna puchnąć i z każdego możliwego otworu ucieka wywołujący wymioty gaz, pojawiają się tajemnicze pajęczaki, które zamieniają takiego nieszczęśnika w źródło swojej energii.

Chore? Jak najbardziej. Ito dwoi się i troi aby zaserwować nam treści momentami skrajnie obrzydliwe, jak i niezwykle pokręcone, wymykające się jakimkolwiek ramom gatunkowym, co powoduje, że trudno właściwie oddać słowami to co dzieje się podczas lektury. Owszem, można szafować sobie pewnymi terminami i pisać, że o, są tu elementy animal attack i body horroru, a całość jest mocno apokaliptyczna i pewnie co sprawniejsi językowo mogliby jeszcze kilka ładnie brzmiących określeń z rękawów wyciągnąć, wciąż to jednak nie przybliży czytelnikowi w dostatecznym stopniu z czym tak naprawdę ma do czynienia. Tym bardziej, że im dalej brnąłem w lekturę, tym dziwniej się robiło. Kolejne strony śledziłem z niesamowitą intensywnością, oniemiały tym jak bardzo szalona i przerażająca potrafi być galopująca wyobraźnia autora.

W pewnym momencie poziom groteski stał się przytłaczający i niestrawny. - Przecież to niedorzeczne- wymamrotałem sam do siebie. Byłbym w stanie wtedy przyrzec, że to co miałem w tamtej chwili przed nosem to nie komiks, a jakiś eksperyment psychologiczny mający na celu sprawdzenie ile tego chorego dziwactwa jestem w stanie wpakować do mojej już wystarczająco pokiereszowanej bani. Sprawdziłem godzinę.  –skup się gościu, jest dopiero 23, dokończysz jeszcze dziś – Po dwudziestu minutach poczułem się jakbym dostał w mordę. Bam! Koniec! Nagle, bez pardonu i większego sensu. No tak, Junji Ito i te jego pretekstowe fabuły. Spokojnie tej nocy nie zasnąłem, zbyt duży mętlik w głowie. Nie bardzo wiedziałem co myśleć o Gyo. Czy mogłem być zachwycony i rozczarowany jednocześnie? Odrzucony, ale jednak pragnący większej ilości podobnych doświadczeń?

O tym, że przeczytałem dzieło wyjątkowe przekonałem się nieco później, gdy zacząłem obserwować swoje zachowanie, to że zapach ryby stał się na jakiś czas okrutnie nieznośny, a uczuciu wzdęcia towarzyszył mały dyskomfort psychiczny. Oho! Gyo potrafi nieźle namieszać w głowie! A skoro tak, to mangaka wypełnił swoje zadanie z bardziej niż zadowalającym skutkiem, do czego zresztą brak logiki się przysłużył, bo w przypadku tego typu historii jest ona niczym innym jak balastem, ograniczeniem wyobraźni bez którego autor może posługiwać się narracją wyjętą z sennego koszmaru. Żeby to jednak zrozumieć, musiałem dać sobie czas, by Gyo przetrawić.

A gdy już mi się to udało, to można powiedzieć, że byłem już czytelnikiem pogodzonym i rozumiejącym co Ito może zaoferować swoim odbiorcom. Wtedy też kontakt z Jego komiksami stał się dużo, ale to dużo przyjemniejszy, choć jeśli mam być szczery, to uznałem siebie za prawdziwego entuzjastę Jego twórczości dopiero po przeczytaniu…

Uzumaki

Uzumeo to mała Japońska mieścina która staje się miejscem dziwacznych i niewytłumaczalnych zdarzeń. Wszystko się zaczyna od pana Saito, którego niezdrowa fascynacja spiralnymi wzorami zamienia się w niebezpieczną manię, która doprowadza w końcu do jego makabrycznej śmierci, po której to zaczyna się dziać coraz więcej groteskowych i powykręcanych rzeczy, które łączy w zasadzie tylko jedno: symbol spirali.

Uzumaki zbliża się swoją strukturą do antologii horroru, gdzie śledzi się losy mieszkańców miasta, którym przytrafiają się wymyślne i zróżnicowane okropieństwa, dzięki czemu czytając to nie czuję nudy, choć cieszy też to, że całość spina para młodocianych bohaterów, którzy są napisani na tyle znośnie, że czytelnik jest stanie im kibicować do samego końca.


Polskie wydanie Uzumaki to, jak na standardy wydawnictwa JPF, niemała kobyła ale to absolutnie mnie nie powstrzymywało od tego, by wchłonąć całość za jednym posiedzeniem. Teoretycznie Uzumaki oferuje ten sam rodzaj rozrywki, co wcześniej wspomniane dzieła Ito, a jednak tym razem czytanie obyło się bez grymaszenia na  jakikolwiek z elementów komiksu. Miałem wrażenie, że tym razem miałem kontakt z dziełem bardziej wyważonym, będącym jednocześnie niezwykle odrealnionym ale i też potrafiącym opowiedzieć całkiem interesującą historię, przez co ani nie nużyło tak jak Tomie, ani nie było dla mnie tak ciężkostrawne jak Gyo. I jeżeli musiałbym polecić komuś mangę Junjiego Ito, to najpewniej poleciłbym właśnie Uzumaki, które zasługuje na miano najlepszego dużego komiksu tego autora.

Wyszczególniam tu słowo dużego przede wszystkim ze względu na to, że z wyjątkiem paru dłuższych dokonań, twórczość Junjiego Ito składa się przede wszystkim z krótkich historii, w których to zresztą autor czuje się jak ryba w wodzie ponieważ w wypadku opowiadań może on skupić się na budowaniu klimatu i wzbudzaniu w czytelniku nieprzyjemnego uczucia pod skórą, nie musząc przy tym przykładać zbyt wielkiej uwagi do tworzenia fabuł, co akurat nie jest zbyt mocną stroną Junjiego, choć po prawdzie, to w przypadku tego konkretnego autora nie ma to większego znaczenia. W końcu sięgając po tego typu fikcje najważniejsza jest umiejętność wprowadzania czytelnika w niepokój, a co jak co, ale na tym poletku Junji Ito jest mistrzem.




Brak komentarzy: