środa, 18 lipca 2018

William Castle i jego niesamowite chwyty marketingowe cz. 3: Latające szkielety i elektryczne siedzenia. Gdy jesteś w kinie, krzycz ile sił w płucach!



William Castle był producentem i reżyserem niskobudżetowych dreszczowców, który pod koniec lat 50 XX w. szczególną sławę zyskał dzięki nieszablonowym sposobom promocji swoich filmów. Tym sposobem tanie, często niepozbawione wad, niezależne produkcje przyciągały na seanse tłumy. W poprzednich odcinkach mogliście przeczytać o początkach kariery Williama (Dziewczyna, która powiedziała "nie" Hitlerowi) oraz o  wejściu w przemysł filmowy jako niezależny twórca (Film tak straszny, że umrzesz w kinie). Dziś chciałbym przybliżyć Wam dzieła tego nietuzinkowego producenta i reżysera, które stworzył we współpracy z aktorem Vincentem Pricem.

Dom na przeklętym wzgórzu

Vincent Price jako Frederick Lorren, Dom na przeklętym wzgórzu
Po komercyjnym sukcesie Macabre (1958) Castle nabrał skrzydeł i jak najszybciej ruszył do prac nad nowym filmem, który miał tym razem łączyć w sobie elementy klasycznego kina grozy (uściślając, filmu o nawiedzonym domu) oraz kryminalnej intrygi. Dom na przeklętym wzgórzu (1959) opowiada o zblazowanym bogaczu, który postanawia zaprosić garstkę nieznajomych do nawiedzonego domu, aby wspólnie spędzić w nim noc. Zachęta?  Jest nią oczywiście nagroda pieniężna. Wkrótce w posiadłości zaczynają dziać się dziwne rzeczy, widz zaś przez większość seansu zostaje zostawiony z pytaniem: Czy tytułowy dom rzeczywiście jest nawiedzony, czy może ktoś wykorzystuje miejscowy przesąd do popełnienia jakiejś straszliwej zbrodni?

Do roli Fredericka Lorrena, głównego bohatera filmu, zatrudniono Vincenta Price’a, aktora, który wręcz idealnie sprawdził się jako zblazowany i tajemniczy milioner. Facet miał odpowiednią prezencję, głos, a przede wszystkim wyjątkową charyzmę za pomocą której z jednej strony wzbudzał podziw i sympatię, a z drugiej, po dokładniejszym przyjrzeniu, można by przysiąc, że było w nim coś iście diabolicznego. Castle miał już przyciągającą uwagę widzów gwiazdę, ciekawą i momentami zaskakującą fabułę, lecz do prawdziwie spektakularnego sukcesu brakowało mu jeszcze jednego…czynnika, który mógł zaszokować widza.

W Domie na przeklętym wzgórzu nie brakuje jumpscare’ów, techniki straszenia widza nagłymi, nierzadko makabrycznymi scenami, którą to zresztą Castle postanowił nieco udoskonalić. W końcu, wyskakujące na ekranie truposze mogą dość szybko przestać robić jakiekolwiek wrażenie. Nasz bohater pomyślał więc, że dodatkowych emocji dostarczyłby „prawdziwy” szkielet, który po „wyjściu” z ekranu mógł poszybować tuż nad głowami widzów. Trudne do zrobienia? Być może, jednak Castle dopiął swego i po kilku próbach seanse Domu na przeklętym wzgórzu stale akompaniowała sztuczka z wyskakującym zza ekranu szkieletem na sznurkach.

The Tingler

Zdjęcie promocyjne do The Tingler (1959)
Jeszcze w tym samym roku swoją premierę miał drugi owoc współpracy Castle’a z Pricem, rewelacyjny The Tingler. Tym razem Vincent Price wciela się w rolę naukowca, który odkrywa, że w ludzkim organizmie ukrywa się pasożyt, który żywi się czyimś strachem i może tym samym doprowadzić do zgonu. Jedynym sposobem, by osłabić pasożyta jest głośny krzyk. Brzmi niedorzecznie? Być może, ale fabuła jest tu tylko pretekstem do przeprowadzenia chyba najwybitniejszej zabawy widzem, na jaką Will Castle kiedykolwiek wpadł.

W pewnym momencie fabuły tytułowy pasożyt ucieka na wolność i przedostaje się do sali kinowej pełnej ludzi. Nagle gasną światła, a niezręczną ciszę przełamuje głos Vincenta Price’a, który informuje wszystkich o istniejącym zagrożeniu i że najlepszą metodą obrony jest krzyk. Wszystko zaaranżowane na tyle sprawnie, że oglądając film w kinie widz nie wie, czy Price zwraca się do fikcyjnych postaci, czy do niego samego. Wyobraźcie sobie taką chwilę i to, że zaczynacie po chwili słyszeć krzyki dochodzące z waszej sali. Czyżby tingler dostał się do rzeczywistego świata i atakował widzów? Nie, po prostu na polecenie Castle’a instalowano w kinach specjalne bzyczki elektryczne (po kilka na salę, wystarczająco), które w kluczowym momencie filmu uruchamiano, a niczego nie spodziewające się „ofiary”, którym właśnie coś poraziło tyłki, wydawały z siebie krzyki. The Tingler pomimo, jak by się zdawało, swojej nierozerwalności z towarzyszącą mu sztuczką, potrafi dać mnóstwo frajdy widzowi kanapowemu. To bardzo urokliwy film z epoki i jeżeli ktoś darzy sympatią horrory sci-fi z lat 50, to  opisywany tu film wręcz wypada znać.

Will Castle i Vincent Price- dwaj kawalarze
Tego typu zagrywki pomogły filmom naszego bohatera osiągnąć komercyjny sukces, a po wielu latach, status produkcji kultowych. Wtedy, oprócz dużych korzyści finansowych, produkcja kolejnych filmów wiązała się z coraz większym wyzwaniem. Od Castle'a wymagano, by nie tylko wymyślał i sprawnie tworzył kolejne tytuły, ale i tworzył coraz to bardziej wymyślne techniki zachęcania i zabawiania publiczności. Jak mu ta sztuka wychodziła? Pomysłów mu zdecydowanie nie brakowało!

W następnym odcinku... Film, w którym publiczność może wybrać zakończenie, specjalne okulary do wykrywania duchów oraz Joan Crawford jako bohaterka psychologicznych kryminałów.




Brak komentarzy: