środa, 1 sierpnia 2018

William Castle i jego niesamowite chwyty marketingowe cz 4: Wybór należy do Ciebie, drogi widzu!


William Castle był producentem i reżyserem wielu niskobudżetowych dreszczowców, który pod koniec lat 50 XXw. szczególną sławę osiągnął dzięki nieszablonowym sposobom promocji swoich filmów. Po komercyjnych sukcesach takich obrazów jak Macabre (1958), Dom na przeklętym wzgórzu (1959), czy The Tingler (również 1959) dystrybutorzy i kina wręcz wymagali od Castle’a, by swoje kolejne produkcje okraszał wymyślnymi sztuczkami. Na ile jednak naszemu bohaterowi starczyło wyobraźni? O tym przekonacie się poniżej.

13 duchów
mała instrukcja obsługi okularów
Wypuszczone do kin w 1960 roku 13 Duchów to z pozoru bardzo typowa produkcja dotycząca nawiedzonych domów. Film opowiada o rodzince, która otrzymuje w spadku po wuju całkiem sporą posiadłość, która, jak się okazuje, skrywa w sobie makabryczną tajemnicę. Castle stwierdził, że idealnym urozmaiceniem seansu będzie możliwość ujawnienia, bądź też ukrycia nękających rodzinę zjaw. Widzowie otrzymywali przed wejściem do sali specjalne wizjerki (przypominające wyglądem kartonikowe okulary do seansów 3D), których należało używać w odpowiednich momentach filmu. Jeśli zerkaliśmy przez czerwony filtr, sylwetki duchów stawały się bardziej wyraziste, jeśli jednak spoglądaliśmy na film poprzez niebieski filtr, duchy „magicznym sposobem” znikały. Użyta tu technologia miała jednak swoje ograniczenia i w sytuacji, gdy ktoś postanowił zignorować zalecenia reżysera i nie używał okularów wcale, okazywało się, że duchy widać (aczkolwiek nieco mniej wyraźnie) i bez nich. Było to zresztą całkiem wygodne w późniejszych latach, gdy 13 Duchów emitowano w telewizji. Rzecz jednak w tym, że pozbawiona swojej sztuczki produkcja nie miała zbyt wiele widzom do zaoferowania.

specjalne filtry dla oglądających 13 duchów

W 2001 swoją premierę miał remake filmu (niestety, jeszcze gorszy) w którym choć specjalne okulary pełniły ważną dla fabuły rolę, to jednak nie zdecydowano się już na żadne interaktywne doznania dla widzów


Homicidal

Gdy w 1960 roku Psychoza Alfreda Hitchcocka okazała się wielkim hitem, jasne było że niedługo później pojawią się filmy mające na zadaniu zgarnąć dla siebie kawałek tortu. Homicidal, które można było zobaczyć niemal równo rok po Psychozie sporo czerpie z filmu mistrza suspensu, począwszy od klimatu po (tutaj w zasadzie chciałem zamilczeć, jednak później stwierdziłem, że jeśli  po prostu napiszę, że film zrzyna z Hitchcocka, to i tak się domyślicie o jakie elementy może chodzić) zabiegi fabularne takie jak podwójna osobowość i związany z nią plot twist podczas finału. Rezultat? Całkiem porządny film, może nie wzbudzający jakiś szczególnych zachwytów, wciąż jednak zapewniający solidną rozrywkę. 

zwrot pieniędzy dla tchórzy
Przejdźmy jednak do zagrywki marketingowej, która nadała Homicidal nutkę wyjątkowości. Jest nią….zwrot pieniędzy za bilet, jeśli uznamy, że zbyt boimy się, by poznać finał historii. Oczywiście nie wyglądało to tak, że można było w każdej chwili wyjść i prosić o kasę. Tuż przed najważniejszym momentem filmu pojawiał się na ekranie zegar, który w akompaniamencie głośnego bicia serca odliczał czas do szokującego finału i była to odpowiednia chwila by wyjść z kina. Czy ludzie wychodzili? Tylko niewielki procent. Wyjście z sali i lobby ozdabiano odpowiednimi napisami (ścieżka dla tchórzy, strefa dla cykorów), a ponadto wychodzeniu towarzyszyły specjalne nagrania („Ci państwo są tchórzami i nie wytrzymali seansu naszego przerażającego filmu!”) i należało podpisać specjalny dokument by uzyskać zwrot pieniędzy („Jestem tchórzem” podpisano Piotr Kuszyński).


odliczanie do szokującego zakończenia

Mr. Sardonicus


Wyobraźcie sobie następującą sytuację: Wasz ojciec kupuje bilet na loterie, bilet jak się okazuje, zgarniający główną wygraną. Pech jednak chciał, że tatko niemal natychmiastowo pożegnał się z tym łez padołem i pochowano go z biletem schowanym w ubraniu. No i tu pojawia się dylemat: czy należy zapomnieć o wszystkim i żyć dalej jak gdyby nic się nie zdarzyło, czy jednak naruszyć spokój nieboszczyka i zdobyć upragniony bilet do lepszego życia? Przed takim dylematem stanął tytułowy Sardonicus i jak łatwo można się tego domyśleć, zdecydował się na drugie wyjście. Wziął łopatę, wykopał ojca, zabrał bilet i, jak to by powiedziała moja świętej pamięci prababcia, „Bóg go skarał!” bo następstwem jego czynów było przeraźliwe zniekształcenie twarzy. Głównym bohaterem filmu jest Robert Carngrave, wybitny lekarz, który wyrusza do włości Sardonicusa by wyleczyć bogacza z jego strasznej przypadłości i jak później odkrywa, jego pacjent to wyjątkowo paskudny sadysta, który upewnia się, że wszyscy wokół są równie nieszczęśliwi co on sam.


William Castle planował by film zakończył się tragicznie dla okrutnego Sardonicusa, czemu oponowali decydenci z Columbia Pictures, które zajmowało się dystrybucją tego dzieła. Ci twierdzili, że stworzone przez bohatera tego tekstu zakończenie było zbyt szokujące i chcieli wymusić na Castle’u dogranie nowego, „szczęśliwego” finału. Ten poszedł na pewien kompromis, choć raczej nie taki na jaki liczyli ważniacy z wytwórni. Wpadł on bowiem na pomysł, że decyzję o zakończeniu filmu powinni podjąć widzowie. Po zakupie biletu otrzymywało się specjalną kartę do głosowania, której używało się tuż przed finałem. Wtedy to akcja filmu była przerywana, a z widownią witał się przesympatyczny gagatek, William Castle we własnej osobie. Tłumaczył zasady głosowania, udawał że liczy głosy i sugerował, że należy Sardonicusa ukarać, a jeśli ktoś uważa inaczej, to w gruncie rzeczy jest naiwniakiem.  Siła sugestii i takie napisanie postaci, by nie facet nie wzbudzał jakiejkolwiek sympatii, czy współczucia powodowały, że bodaj zawsze wyświetlano tragiczne dla Sardonicusa zakończenie.

tak wyglądało "głosowanie"

No i tu zaczyna się robić ciekawie, ponieważ wszystko wskazuje na to, że „szczęśliwego” zakończenia Castle tak naprawdę nigdy nie nakręcił. Pomyślcie o trudnościach technicznych, jakie wynikałyby z możliwości wyboru. Ktoś faktycznie musiałby liczyć głosy, operator w kinie miałby dodatkową robotę i na pewno nie trwałoby to tak szybko, jak jest to przedstawione w samym filmie, gdzie Castle przez chwilę udaje, że liczy i praktycznie od razu postanawia, że należy puścić zakończenie w którym Sardonicusa spotyka kara. W swojej autobiografii (”Step Right Up!...I’m Gonna Scare The Pants Off America” z 1976) Castle naturalnie się wszystkiego wypiera i twierdzi, że drugie zakończenie jak najbardziej powstało. Problem w tym, że nie ma nikogo, kto mógłby potwierdzić słowa Williama (a jak wiadomo, był on notorycznym kłamcą i lubił ubarwiać rzeczywistość), a samo zakończenie uchodzi za „zaginione”.

Była to ostatnia naprawdę rewelacyjna zagrywka marketingowa tego reżysera, który z czasem zaczynał mieć coraz większe problemy z utrzymywaniem się na fali. Nadal jednak miał jeszcze kilka asów w rękawie. O współpracy z Joan Crawford i wyprodukowaniu Dziecka Rosemary w następnym, ostatnim tekście z cyklu.



Brak komentarzy: