sobota, 1 grudnia 2018

Vincent Price i Poexploitation: o adaptacjach prozy Edgara Allana Poego z lat 60


Edgar Allan Poe to bez wątpienia literacki fenomen. Nie potrafię wskazać innego pisarza epoki romantyzmu, który z równym powodzeniem wgryzł się w popkulturę oraz jest tak znany i szanowany poza środowiskiem akademickim. Jest on źródłem inspiracji dla sporej ilości filmowców, których produkcje próbowały zawrzeć w sobie esencję atmosfery, jaką operował pisarz w swojej twórczości. Jednym z nich był Roger Corman, legendarny producent i reżyser, który na początku lat sześćdziesiątych stworzył serię adaptacji z Vincentem Pricem jako gwiazdą. Poniższy tekst jest poświęcony właśnie tym filmom.

Końcówka lat 50 to czas odrodzenia popularności horroru gotyckiego w kinie, przede wszystkim za sprawą wytwórni Hammer, która w tamtym okresie wyprodukowała takie obrazy jak Przekleństwo Frankensteina (1957) i Horror Draculi (1958), filmy powracające do formuły klasycznych już horrorów Universal Pictures, jednak już w bardziej nowoczesnej, kolorowej oprawie i z dużo bardziej odważnym podejściem do tego, co wolno pokazywać widzowi przed ekranem. Niedługo za nimi w tej estetyce zaczęli poruszać się Włosi, a także Amerykanie, konkretniej wytwórnia American International Pictures, ówczesny pracodawca Rogera Cormana.


Dom Usherów


American International Pictures było wytwórnią specjalizującą się w produkcji niskobudżetowych filmów trafiających na seanse double feature. Według Cormana szefostwo w planach miało wyprodukowanie dwóch czarno-białych gotyckich dreszczowców, jednak udało mu się przekonać decydentów, by pozwolili mu przeznaczyć budżet na jeden, kolorowy film.

Jego nowa produkcja miała być adaptacją opowiadania Edgara Allana Poego Zagłada Domu Usherów, częściowo z powodu uznania do twórczości pisarza, ale sporo było też w tej decyzji chłodnej kalkulacji. Był to idealny materiał źródłowy do stworzenia posępnego horroru, ale też i amerykańska odpowiedź na filmy wytwórni Hammer, które przecież również czerpały z klasyki literatury grozy. Nie zapominajmy także o tym, że już wtedy twórczość Poego znajdowała się w domenie publicznej, co oznaczało dla wytwórni brak dodatkowych kosztów związanych z wykupieniem praw do adaptacji. Szefostwo wytwórni nie kryło jednak wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście jest to odpowiedni utwór literacki do przeniesienia na ekran, z czego największą obawą miało być: “Czy da się nakręcić horror, w którym nie ma potwora?”, co Corman miał zripostować zdaniem: “To dom jest tutaj potworem”.

Richard Matheson napisał scenariusze 
do trzech oficjalnych filmów z cyklu
Pozostawała jeszcze kwestia dostosowania historii w taki sposób, by dało się ją opowiedzieć za pomocą języka filmu, co, biorąc pod uwagę specyfikę tej prozy (przede wszystkim bardzo opisowej, skupiającej się na na budowaniu atmosfery, a w dużo mniejszym stopniu tworzeniu akcji), było niełatwym zadaniem. Napisanie odpowiedniego scenariusza Corman powierzył Richardowi Mathesonowi (najbardziej znanego jako autor powieści Jestem legendą. Napisał również The Shrinking Man i Hell House), który wprowadził do historii kilka zmian (chociażby dopisany wątek romantyczny), jednak zadbał by film w żadnym calu nie utracił ducha Poego. 

Vincent Price- Amerykanin o angielskiej duszy
Vincent Price
Vincent Price był idealnym kandydatem do roli Rodericka Ushera, kluczowego dla tej historii bohatera. Pochodził ze stanu Missouri, jednak karierę aktorską rozpoczął podczas studiów w Londynie, gdzie przez kilka lat występował na deskach teatru. Oprócz klasycznego aktorskiego wykształcenia Price odznaczał się niezwykłą dla człowieka o amerykańskim pochodzeniu szlachecką aurą, która pozwalała mu z wiarygodnością odgrywać bohaterów z wyższych sfer. Nie bez znaczenia było też doświadczenie aktora na poletku kina grozy. Pierwsze kroki w tym gatunku postawił już w 1939, gdy wystąpił u boku Basila Rathbone’a i Borisa Karloffa w Tower of London, rok później zaś otrzymał główną rolę w Powrocie niewidzialnego człowieka

Nic jednak wtedy nie zapowiadało, by miał się z tym gatunkiem związać się na dłużej. Grywał w różnorodnych produkcjach, od dramatów, po przygodówki, czy kino noir. Dopiero w następnej dekadzie, po roli Henry’ego Jarroda w fenomenalnym Gabinecie figur woskowych (1953) zaczął coraz częściej angażować się w produkcje, które jeżyły włosy na plecach widowni. Wystąpił chociażby w Musze (1958) Kurta Neumanna, czy dwóch filmach Williama Castle’a: The Tingler i Dom na przeklętym wzgórzu (oba powstałe w 1959), choć to dopiero występ w filmie Cormana zacementował pozycję Price’a, jako gwiazdora kina grozy.

 jako Roderick Usher w Zagładzie domu Usherów
Rola Rodericka Ushera była dla aktora sporym polem do popisu. Gdy Price pojawiał się na ekranie, zdawał się niemalże demoniczny, by zaledwie po chwili przyjąć postawę człowieka niezwykle umęczonego i to właśnie kreacja aktora, obok odpowiedniej scenografii i ponurej ścieżki dźwiękowej, wypełnia widza poczuciem grozy. Oglądając Vincenta Price’a w tym filmie, nie mamy cienia wątpliwości co do tego, jak straszliwy wpływ wywiera na jego bohatera przeklęty dom Usherów.

Edgar Allan Poe to kopalnia złota

Zagłada domu Usherów, wbrew początkowym obawom, przyniosła wytwórni niemały zysk i pewne było, że kolejna kostiumowa produkcja czerpiąca z prozy Poego to wyłącznie kwestia czasu. Już rok później, czyli w 1961 do kin zawitała Studnia i wahadło na podstawie opowiadania mistrza pod tym samym tytułem, wybór dość zaskakujący, biorąc pod uwagę, że to materiał jeszcze trudniejszy do przełożenia na kinowy ekran. Od pierwszych chwil staje się zresztą jasne, że film ani myśli trzymać się w historii autora, a jedynie inspirować się jej klimatem.

I jeżeli Studnia miałaby być czemukolwiek wierna, to stylistyce, jaką obrał jej poprzednik. Do pracy nad filmem wrócili wszyscy ojcowie sukcesu Zagłady domu Usherów: Producent i reżyser Roger Corman, scenarzysta Richard Matheson, kompozytor Lex Baxter, czy też wreszcie, gwiazda filmu, Vincent Price. Widać tu zresztą duże podobieństwa na płaszczyźnie fabularnej: I tak oto ponownie samotny wędrowiec przybywa do oddalonej od cywilizacji posiadłości należącej do starego, szlacheckiego rodu, który od dawien dawna skrywa mroczne tajemnice. Znów też jest to rozprawa o dwoistej naturze i przeznaczeniu człowieka, przed którymi nie w sposób uciec.

Największą różnicą pomiędzy oboma obrazami jest rozmach: Studnia i wahadło korzysta z wszystkich tych elementów, które zadecydowały o sukcesie Zagłady domu Usherów, lecz dokłada wszelkich starań by, mimo podobieństw, widz wyszedł z kina pod dużym wrażeniem. Dlatego też muzyka emanuje tu jeszcze większym mrokiem i tajemniczością, a sprytna scenografia z powodzeniem nabiera nas, że bohaterowie znajdują się w potężnym i starym zamczysku. 

Bardziej intensywne jest także aktorstwo Vincenta Price’a, który wciela się tu w Nicholasa Medinę, szlachcica opłakującego swoją niedawno zmarłą żonę. Price dwoi się i troi, by jak najtrafniej oddać żałobę i towarzyszący jej rozstrój psychiczny, w swój wyjątkowy, niezwykle ekspresyjny sposób. Aktorska szarża momentami sięga takich rozmiarów, że Price niebezpiecznie balansuje między geniuszem a śmiesznością. Trzeba też tu wspomnieć o zaangażowaniu do filmu aktorki Barbary Steele, którą można było rok wcześniej podziwiać w znakomitym włoskim gotyku Maska szatana w reżyserii Mario Bavy, gdzie ujawniła swój talent do grania podwójnych ról. Potrafiła być zarówno czarująco niewinna, jak i diabelnie niebezpieczna, przez co idealnie nadawała się do roli gotyckiej femme fatale. I jedynie żal, że jej rola, choć niezwykle ważna dla fabuły, była dość krótka, a sama aktorka nie pojawiła się już w żadnym późniejszym filmie z cyklu, choć zdawała się być dla nich stworzona.


Barbara Steele w Studni i Wahadle
Corman tym filmem rozbił bank, osiągając spory wtedy zarobek wynoszący ponad dwa miliony dolarów, co tylko przesądziło o kontynuowaniu przygody z adaptowaniem prozy Edgara Allana Poe. Swoją drogą, przypadek Studni i wahadła bardzo dobrze ilustruje dlaczego Roger Corman z niechęcią odnosił się do przyznawanego mu tytułu “króla filmów klasy B”. Przydomek ten przylgnął do niego ze względu na sporą ilość niskobudżetowych obrazów, które wyprodukował, jednak należy pamiętać, że w czasach Jego świetności termin “film klasy b” nie był synonimem niewielkiego budżetu, czy tandety, a oznaczeniem wywodzącym się z seansów podwójnych, w których to film A był pożądanym przez publikę hitem, a film B skleconym w pośpiechu dodatkiem, który powstał przede wszystkim po to, by publika dała się przekonać do tego, że zakup biletu “2 filmy w cenie jednego” jest świetną okazją. Tak się jednak składa, że obrazy, które sam reżyserował w tamtym okresie, były właśnie filmami A, priorytetowymi dla wytwórni, przyciągającymi do kin tłumy i z czasem uznawanych za klasyki kina. I nie, nie jest tak, że zamierzam ignorować fakt, że Corman jest odpowiedzialny, chociażby za serię Sharknado i masę innych potworków kinematografii. Odnoszę jednak wrażenie, że o tym twórcy mówi się przede wszystkim w kontekście “fabryki złego kina” mniej zaś o tym, że stworzył kilka prawdziwych perełek kinematografii. Straszna szkoda.

Lęki i fobie


Komercyjny sukces Studni i wahadła ostatecznie przesądził dalszych planach wytwórni AIP i Cormana i wiadome już było, że publikę czekać będzie jeszcze kilka produkcji inspirowanych twórczością mrocznego romantyka. Trzeci obraz z cyklu, zatytułowany Przedwczesny pogrzeb ukazał się w kinach w 1962 i była to historia Guya Carella, człowieka cierpiącego na przypadłość zwaną katalepsją, czyli intensywnego zesztywnienia mięśni, przez które osoba chora może sprawiać wrażenie zmarłej. Doprowadza to do panicznego lęku bohatera przed pochówkiem za życia. I choć w dzisiejszym świecie takie obawy można uznać za irracjonalnie, tak na przestrzeni wieków omyłkowe pochowanie osoby cierpiącej chociażby na wspomnianą już katalepsję nie było przypadkiem nadzwyczaj rzadkim. Strach ten był szczególnie powszechny w XIX wieku, wtedy też produkowano trumny wyposażone w dzwoneczki, które miały dać szansę na odratowanie nieszczęśnika. Atmosferę paranoi znakomicie oddał Poe w swojej noweli z 1844 roku, co zresztą udało się Cormanowi bezbłędnie skopiować. 

Przedwczesny pogrzeb to jedyny film z serii, w którym nie wystąpił Vincent Price, przez co, jak mniemam, zdaje się on umykać wielu entuzjastom retro grozy. Wielka szkoda, tym bardziej że w zasadzie w niczym nie ustępuje on swoim poprzednikom zarówno pod względem fabuły, jak i umiejętności kreowania gotyckiej atmosfery.


Główną rolę otrzymał Ray Milland, bodaj najbardziej znany z M jak morderstwo (1954) Alfreda Hitchcocka, który doskonale poradził sobie z przedstawieniem człowieka nieustannie nękanego przez fobie i coraz bardziej zatracającego się w szaleństwie. Oglądając Millanda w tym filmie nie w sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to rodzaj dramaturgii, który bardzo kojarzy się z Vincentem Pricem i jest to rola jakby napisana z myślą o tym aktorze. Dlaczego więc nie wystąpił?


Otóż okazuje się, że w wyniku kłótni z wytwórnią American International Pictures Corman postanowił kontynuować swój cykl filmów niezależnie od nich. Według reżysera Price tamtym czasie miał podpisany kontrakt na wyłączność, przez co zatrudnienie aktora nie było w ogóle możliwe [można jednak tłumaczenie te poddać wątpliwości, biorąc pod uwagę to, że Price wystąpił chociażby we włoskiej Nefretete, królowej Nilu (1961), czy Confessions of an Opium Eater (1962) za które odpowiadało Allied Artists Productions]. Ostatecznie film i tak wyszedł spod skrzydeł AIP, które wykupiło produkcję (w poczuciu, że adaptacje Poego są ich konikiem i nie mogą pozwolić sobie na zbytni rozrost konkurencji), o czym Corman dowiedział się podczas pierwszego dnia zdjęciowego.

Trzy nowele
Kadr z Morelli, pierwszego epizodu filmu Tales of Terror.
Nie jest jednak tak, że widownia miała w ogóle możliwość się za aktorem stęsknić. Jeszcze w tym samym roku do kin zawitały dwa owoce pracy Cormana i Price’a: The Tower of London, będącego remakiem filmu z 1939 (W którym to aktor również wystąpił, choć w mniejszej roli), a także kolejną część cyklu Poe zatytułowaną Tales of Terror.

Tym razem była to antologia filmowa składająca się z trzech historii, którym za inspiracje służyły takie utwory jak Morella, Czarny kot i Prawdziwy opis wypadku z panem Waldemarem. I jak można się spodziewać po formule obrazu, jest to dzieło bardzo nierówne. O ile ostatnia historia jest całkiem poprawnym i atmosferycznym krótkim metrażem, tak po Morelli wyraźnie widać zmęczenie materiału. To już trzecia historia z Vincentem Pricem skrojona według dobrze znanego szablonu: Ponownie do starej, umieszczonej gdzieś na odludziu posiadłości przybywa tajemniczy gość by skonfrontować się z postacią graną przez Price’a, bohaterem umęczonym, który musi stawić czoła swoim demonom, uosobieniem których jest figura gotyckiej femme fatale. I choć Price nadal udowadnia, że nikt nie jest w stanie tak dobrze oddać swym aktorstwem atmosfery literatury Edgara Allana jak on, tak niestety całości brakuje choćby krzty własnego charakteru.

Peter Lorre i Vincent Price w Czarnym kocie
Najciekawszą częścią filmu jest jego środkowy segment, który co prawda skrywa się pod tytułem Czarny kot, jednak w rzeczywistości (co już nie powinno nikogo dziwić) jest autorską historią zapożyczającą z tej noweli (a także z Beczki Amontillado) tylko niewielkie elementy i, co może najbardziej rozzłościć literackich purystów,  jest...komedią. Całkiem przewrotnie biorąc pod uwagę jak mroczny i makabryczny w swej naturze jest literacki pierwowzór. Wyzwolenie jednak z okowów konwencji obudziło w twórcach olbrzymie pokłady świeżej energii, które sprawiły, że praca nad tym epizodem miała schodzić nadzwyczaj przyjemnie. Widać to zresztą po aktorskich kreacjach: W roli zazdrosnego męża i mściwego konkurenta pewnego znawcy win, wystąpił legendarny Peter Lorre, człowiek o smutnych oczach i niezwykle niepokojącym głosie, który wraz z Vincentem Pricem stworzył tutaj wyborny komediowy duet.

Brnijmy dalej w komedię
od lewej do prawej: Boris Karloff,
 Peter Lorre, Vincent Price
Epizod ten stanowi zresztą tymczasowy zwrot kierunku, którym miała podążać seria. Już w 1963 roku w kinach zagościł Kruk, pełnometrażowa komedia, gdzie do duetu Price i Lorre dołączył Boris Karloff. Pojawia się tu również młody Jack Nicholson, który pracował wcześniej u Cormana przy Sklepiku z horrorami (1960). Na tym etapie było już jasne, że to z czym mamy do czynienia to już najzwyklejsze poexploitation, sięganie po jakiekolwiek środki, byleby móc usprawiedliwić wykorzystanie nazwiska pisarza w tytule. 

Richard Matheson wymyślił fabułę, która, według niego, mogłaby być następstwem wydarzeń znanych z wiersza. Miast jednak ponurego, gotyckiego horroru, jakiego możnaby się spodziewać po najsłynniejszym kawałku liryki autora, postanowił on napisać farsę o trzech czarodziejach, którzy toczą między sobą boje o supremacje. Kruk to film wypełniony lekkim, familijnym wręcz humorem i obfitujący w kolorowe (i z dzisiejszej perspektywy po prostu urocze) efekty specjalne. Jest to też jeden z najbogatszych filmów z tej serii pod względem rozmachu i jak najbardziej zasługuje na uwagę, choć jego komediowy charakter sprawia, że nie jest obrazem dla każdego i bardzo często traktowany jest dzisiaj jako ciekawostka, choć w czasie swojej świeżości był naprawdę dobrze zarabiającym filmem.

Jeszcze w tym samym roku AIP zleciło nakręcenie kolejnej komedii napisanej przez Mathesona [tym razem reżyserii nie podjął się Corman, a Jacques Tourneur, reżyser znany z takich filmów jak Ludzie koty (1942), Wędrowałam z zombi (1943), czy Noc demona (1957)], która ,choć tym razem w żaden sposób nie nawiązywała do twórczości Edgara Allana, warta jest wzmianki tutaj ze względu na podobną konwencję i obsadę, w której ponownie pojawiają się Price, Lorre i Karloff, a także Basil Rathbone, kolejna legenda kina grozy (którego można było wcześniej zobaczyć chociażby w Tales of Terror). Jest to historia pana Trumbulla, grabarza alkoholika, któremu biznes nie idzie najlepiej, postanawia więc zapewnić sobie nowych klientów...poprzez mordowanie niewinnych, w czym ma mu pomóc jego wierny pracownik, dawny włamywacz, pan Gillie. Film powinien zadowolić wszystkich tych, którzy uważali, że Kruk był zbyt grzeczny i dziecinny, bo choć dużo tu prostego slapsticku, to całość opiera się w dużej mierze na czarnym humorze.

Machina eksploatacyjna nie do zatrzymania


Kruk był zresztą katalizatorem do powstania jeszcze jednego filmu nawiązującego do opisywanej tu serii. Terror (1963) powstał, gdy okazało się, że Boris Karloff miał jeszcze kilka dni wolnego, co Corman postanowił skwapliwie wykorzystać. Napisano więc naprędce fabułę traktującą o konflikcie pomiędzy francuskim żołnierzem (Jack Nicholson) a tajemniczym hrabią (Boris Karloff), który skrywa pewną mroczną tajemnicę, całość zaś nakręcono z użyciem scenografii pozostałej po Kruku i poprzednich adaptacjach Poego. Corman zresztą nakręcił jedynie sceny, w których występował Karloff, resztę zaś dokręciło z doskoku jego kilku współpracowników: Francis Ford Coppola, Jack Hale, Monte Hellman, Jack Hill, Deninis Jakob, a także nawet Jack Nicholson. Terror to niestety straszliwie nieciekawy i nonsensowny potworek Frankensteina, pozlepiane w wolnych chwilach filmidło, które nie jest w stanie być niczym innym jak ciekawostką dla entuzjastów gotyckiego kina.

W tym samym czasie Vincent Price wystąpił w dwóch filmach dla Admiral Pictures, które najwyraźniej pozazdrościło AIP sukcesu przy adaptacjach Edgara Allana Poego, czego rezultatem był inspirowany twórczością Guya de Maupassanta Diary of the Madman oraz Twice-Told Tales antologia filmowa składająca się z trzech historii opartych na opowiadaniach Nathaniela Hawhthorne’a. I o ile, pierwszy film to, niestety, bardzo przeciętne i niezapadające w pamięć dzieło, tak wspomnianą tu antologię można z czystym sumieniem polecić wszystkim tym osobom, którym przypadły do gustu dotychczasowe gotyki z Vincentem Pricem w roli głównej.

Lovecraft Poe
Nawiedzony pałac, 1963
Jeszcze w sierpniu do kin zawitał Nawiedzony Pałac, który stanowił powrót do gotyckiego horroru i zasadniczo jest...pierwszą oficjalną adaptacją prozy H.P. Lovecrafta, konkretniej Przypadku Charlesa Dextera Warda. Dlaczego tak? Ponownie wynikało to z kłopotu, jaki Corman (Na tym etapie już bez Richarda Mathesona jako scenarzysty) miał ze znalezieniem odpowiedniej historii do adaptacji. Wybór Lovecrafta wydaje się dość logiczny. Będący pod silnym wpływem twórczości Edgara samotnik z Providence także skupiał się przede wszystkim na budowaniu ponurej atmosfery, a fatalizm bijący z jego historii powodował, że był to (po wprowadzeniu kilku zmian, w tym epoki w której rozgrywa się akcja) idealny materiał dla tej serii. 

Rezultat końcowy był zresztą na tyle podobny do poprzedników filmów, by można było Nawiedzony Pałac uznać za udany powrót (po krótkim romansie z komedią) do formuły posępnego gotyku ale i zarazem powiewem świeżości (a może raczej bezbożnej stęchlizny spoza tego świata?), który urozmaicał seans wszystkim tym, którzy byli już doskonale zaznajomieni z poprzednimi obrazami. Film imponuje swoją mroczną, kontrastową kolorystyką i gęstymi kłębami ponurej mgły, która zdaje się być nierozłącznym elementem scenerii miasteczka Arkham. Jest to też jedyna produkcja w której Price występuje u boku Lona Chaneya jr, kolejnej już dawnej gwiazdy kina grozy.


Okres angielski
Maska czerwonego moru, 1964



Kolejne dwa filmy z serii, Maska czerwonego moru oraz Grobowiec Ligei (oba z 1964) były koprodukcjami powstałymi we współpracy z brytyjską wytwórnią Anglo-Amalgamated Productions, Decyzja ta podyktowana była przede wszystkim czynnikiem finansowym. Angielskie ekipy filmowe były bowiem dużo tańsze w utrzymaniu (choć według Cormana, Amerykanie byli dużo bardziej efektywni), co pozwalało na zapewnienie dużego rozmachu produkcji bez zbytniego nadwyrężania budżetu. Rezultat to zresztą prawdziwa słodycz dla oka. Maska czerwonego moru to najbardziej krzykliwy pod względem wizualnym film z serii, z momentami wręcz wybuchającą w stronę widza rewią barw, co jest oczywiście nawiązaniem do materiału źródłowego, w którym również pojawiają się kolorowe, kontrastujące komnaty, ale i bardzo kojarzy się z twórczością Mario Bavy (której notabene dystrybutorem na rynek amerykański było właśnie AIP). Zarówno historia Poego jak i film nią inspirowany opowiadają o księciu Prospero, bogaczu, który w obliczu tytułowej zarazy skrywa się wraz z resztą szlachetnie urodzonych i by zapomnieć o niebezpieczeństwie, wyprawia bal maskowy dla siebie i gości. 


Ponownie jednak proza Poego to w znacznej mierze opis atmosfery, a szczątkowa fabuła ma przede wszystkim charakter symboliczny: Śmierć jest nieuchronna i nie zważa na status społeczny. W scenariuszu, za który odpowiadali Charles Beaumont i R. Wright Campbell postawiono przede wszystkim na rozpisanie postaci Prospero w taki sposób, by przede wszystkim był postacią wzbudzającą w widzu odrazę. W filmie Cormana jest on nie tylko aroganckim bogaczem, który myśli, że władza i bogactwo zapewnią mu ucieczkę od problemów tego świata, a pełnokrwistym tyranem i satanistą, który otwarcie kpi sobie z religijności pospólstwa. To prawdopodobnie najbardziej demoniczna rola Vincenta Price’a, który jak zwykle wprawia w zachwyt swoim aktorstwem, choć jest to w zasadzie najmniej horrorowa pozycja (przynajmniej z tych “poważnych”) z cyklu, będący w zasadzie czymś pomiędzy filmem historycznym, a baśnią dla dorosłego widza. I choć w czasie premiery Maska czerwonego moru okazała się jednym z gorzej zarabiających filmów Cormana, to jednak dziś nie ulega wątpliwości, że to jest obowiązkowa pozycja w filmografii zarówno tego reżysera, jak i Price’a.

Grobowiec Ligei, 1964
Grobowiec Ligei był z kolei filmem bardziej stonowanym i będącym (kolejnym już) powrotem do konwencji, gdzie umęczony główny bohater musi stoczyć walkę z postacią gotyckiej femme fatale o swoją duszę i umysł. Vincent Price ponownie gra tu pierwsze skrzypce wcielając się w Vernera Fella, wdowca twierdzącego, że wola jego żony jest silniejsza od jej śmierci. Gdy ten znajduje nową miłość w osobie lady Roweny (która to cechuje się bliźniaczym podobieństwem do swej poprzedniczki) zaczynają dziać się rzeczy nie do pojęcia wyłącznie za sprawą rozumu. Obie panie świetnie zagrała Elizabeth Shepherd, choć nie ulega tu wątpliwości, że mogłaby to być idealna rola dla wspomnianej przy okazji opisywania Studni i wahadła, Barbary Steele. Co ciekawe, obecność Vincenta Price’a, wielkiej gwiazdy cyklu, stała tutaj pod znakiem zapytania. Według Cormana, jak i Roberta Towne’a, scenarzysty filmu, pięćdziesięciotrzyletni wówczas aktor był już zbyt stary, by grać umęczonego kochanka. Angaż Price’a wymusiło szefostwo AIP, które uważało gwiazdora cyklu za gwarant sukcesu komercyjnego. Bardzo dobrze się stało, bo ten znów zachwycał swoim aktorstwem i praktycznie skradł cały film, choć z tym całym gwarantem sukcesu wytwórnia nieco się przeliczyła, bo Grobowiec Ligei z wszystkich części cyklu zarobił najmniej i był jej ostatnim reprezentantem.

Polski plakat promujący film
Żadna w tym jednak wina któregokolwiek z twórców filmu, bo nadal jest on w stanie porwać entuzjastów gotyckiej grozy. Rzecz jedynie w tym, że formuła, którą stosował Corman, zdążyła już się wyczerpać, co nie powinno dziwić, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że widzowie otrzymali aż osiem filmów w zaledwie cztery lata. Na tym etapie zresztą horror gotycki był niszą na tyle eksploatowaną, że wkrótce przesyt tego typu tytułów zaczął odbijać się wszystkim czkawką.

Filmy, które kręcił Corman, były jednymi z najlepszch w swoim gatunku i co nie jest bez znaczenia, udało im się naprawdę godnie zestarzeć. Imponuje także to, że pomimo podjęcia się zadania w zasadzie niemożliwego (a takim jest tworzenie pełnometrażowych adaptacji prozy Poego) udało mu się wyjść z tego niejako zwycięsko, bo pomimo jawnie eksploatacyjnego charakteru tych filmów zawarta jest w nich (a przynajmniej w znakomitej większości) esencja atmosfery tworzonej przez Poego.

Post-Poe

Cykl oficjalnie zakończył się po premierze Grobowca Ligei, jednak AIP nadal próbowało co nieco ugrać na nazwisku autora. Pierwsza taka próba odbyła się w 1968, przy okazji filmu Witchfinder General, kolejnej koprodukcji kręconej w Wielkiej Brytanii (tym razem z pomocą Tigon films), który na amerykańskich plakatach jawił się jako Edgar Allan Poe’s The Conqueror Worm, pomimo faktu że film nie miał absolutnie nic wspólnego z twórczością pisarza. Włodarzom wystarczyła jednak obecność Vincenta Price’a w obsadzie by posunąć się do takich sztuczek , licząc że nawiązując do filmów Rogera Cormana zachęcą publikę do odwiedzenia sal kinowych. Taką praktykę zastosowano jeszcze (bez większych sukcesów) przy dwóch innych filmach w których wystąpił Price: The Oblong Box (1969) i Cry of the Banshee (1970). AIP odpowiedzialne było jeszcze za Muders in the Rue Morgue (1971) jednak już bez Price’a w obsadzie. Ten etap kariery aktor miał już za sobą.

Brak komentarzy: