środa, 23 stycznia 2019

10 filmów, które ukształtowały mnie jako widza


Pod koniec 2018 na portalu Facebook pojawił się wysyp wyliczanek muzycznych, które w skrócie można nazwać "10 najważniejszych albumów". Do zabawy przyłączyło się mnóstwo kont prywatnych, jak i fanpage'y, w tym też Komnata Dymu. Gdy tylko zamknąłem swoja własną listę zacząłem zastanawiać się które filmy uformowały mnie jako widza na przestrzeni lat. I wiecie, to czasem nawet nie są wybitne produkcje, ani takie, które dzisiaj uznałbym za moje 10 najlepszych. Są to jednak filmy dla mnie ważne, które miały duży wpływ na to, jakim kinem później się interesowałem. 

Poniższe wpisy były pierwotnie publikowane (w dość mozolnym tempie) na fanpage'u Komnaty. Postanowiłem jednak przekleić je na bloga w celach archiwizacyjnych. Najzwyczajniej w świecie  byłoby mi ich szkoda, gdyby miały zaginąć w odmętach Facebooka.

1. Evil Dead 2 aka Martwe Zło 2 aka Złowieszcza śmierć 2 aka Złośliwy nieboszczyk 2 i od cholery innych, kultowych tłumaczeń tytułów z ery VHS. (1987) reż. Sam Raimi

Gdy miałem jakieś 5-6 lat kuzyn przyniósł mi dwie kasety video. Na każdej z nich były nagrane po dwa filmy: Dwie części Puppet Master i dwie części Evil Dead


Początkowo oglądałem po kryjomu, gdy rodziców nie było w domu, ale szybko się okazało, że moja matka była całkiem spoko i stwierdziła, że "w sumie od takich śmiesznych filmów koszmarów mieć nie będziesz". A ja już byłem porwany i chłonąłem dwójkę jak gąbka. Jasne, obejrzałem też oryginalne Evil Dead, ale ilość wykręconych akcji w sequelu po prostu musiała wygrać bój o moje serce. Wtedy już wiedziałem, że horror to będzie "mój" gatunek.

Filmy były zgrywane z Polsatu i na pewno któryś z nich nosił tytuł Złośliwy nieboszczyk. Bardzo spoko, choć nadal moją ulubioną polską nazwą dla Evil Dead jest Złowieszcza śmierć!


2. Mortal Kombat (1995) reż. Paul W.S. Anderson

W 1996 miałem bardzo spoko sąsiada. Ledwie pamiętam jak wyglądał, nie bardzo kojarzę jak się nazywał, ale na zawsze go zapamiętam jako człowieka, który zaznajomił mnie z Mortal Kombat. A to pożyczył taśmę z filmem, a to pozwalał mi pograć w jedynkę na swoim komputerze. Raz nawet wypożyczył taśmę z kreskówką i mi przyniósł. (The Journey Begins). No złoto chłopak. Sam film bardzo szybko urósł do rangi mojego ulubionego i gdy jakiś rok (?) później puszczali to w telewizji to ja już miałem gotową czystą kasetę na tę okazję. Film oczywiście zgrałem nieco nieudolnie, jak to dziecko: a to było widać kawałek reklamy, a to o parę sekund za późno włączyłem nagrywanie od nowa.

Kaseta ta była później przeze mnie okrutnie maltretowana. Pamiętam nawet wakacje, których każdy dzień wyglądał według takiego oto wzorca: Wstać, umyć się, zjeść śniadanie, ogarnąć listę przebojów na niemieckiej Vivie, obejrzeć sobie wszystkie walki z Mortal Kombat i wtedy dopiero było się gotowym by wyjść na dwór. Ojciec mi gdzieś tam podsunął, że w zasadzie Mortal to taki klon Wejścia smoka, tylko że w estetyce fantasy, więc wiedziałem jakiego filmu później wyczekiwać w telewizji.

Jak się jednak oglądało ten film jako dorosły człowiek? No, powiem, że na pewno nie tak źle jak mógłbym się obawiać. Jasne, jakby tak człowiek BARDZO chciał to jest do czego się przyczepić: a to że efekty się zestarzały, że postacie papierowe czy w końcu, że jak na adaptacje tak brutalnej ten film jest mega grzeczny (ale hey! W tym właśnie rzecz. Mogłem dzięki temu film oglądać jako dzieciak, a wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie...). Wciąż jednak broni się wyjątkowym klimatem, genialną muzyką i..po prostu dobrymi walkami, więc można sięgnąć po Mortal Kombat po tych wszystkich latach i nadal czerpać z seansu satysfakcję.

Czasami czytam, że ten film to w zasadzie guilty pleasure i przyznam się wam, że nie lubię tego terminu. Odbieram go jako niepotrzebne asekuranctwo, trochę na zasadzie: "hey, podoba mi się ten film, dobrze się przy nim bawię, ale napiszę, że mam poczucie winy bo wiem, że 'obiektyyyyywnieee' to złe kino.Teraz przynajmniej nikt się nie może przyczepić, że się na filmach nie znam". Ale przecież skoro się podoba, to znaczy, że jest w tym dziele zawarty jakiś pierwiastek zajebistości i chyba warto by było właśnie to akcentować.

PS. W 1997 do kin wszedł Mortal Kombat 2: Unicestwienie. Oczywiście namówiłem tatę, by mnie zabrał na seans. Był to mój pierwszy dorosły film w kinie i chyba gorzej trafić chyba nie mogłem.

3. Sok z żuka (1988) reż. Tim Burton

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz się zetknąłem z tym filmem. Właściwie to z mojej perspektywy istniał on od zawsze, ale to pewnie wynika z tego, że wciąż jestem młody i niewinny. Wiem tylko tyle, że gdy obejrzałem go po raz pierwszy byłem absolutnie oczarowany tym filmem. To taki złoty środek między estetyką grozy, a kreskówkami rodem ze stajni Warner Bros, który dostarczał mi wtedy mnóstwa frajdy i stał się zalążkiem fascynacji Timem Burtonem. W sumie to wtedy dowiedziałem się, że jest w ogóle ktoś taki jak reżyser i że jest to człowiek, którego działalność może odznaczać się unikalnym stylem, czymś co powoduje, że gdy tylko zerkniesz na ekran to jesteś w stanie powiedzieć: ej, to film Tima Burtona!

Ta fascynacja minęła gdzieś na etapie Gnijącej panny młodej. Był to jego ostatni film na który czekałem i który bardzo mi się podobał. Nadal nie obejrzałem Sweeneya Todda, który jakoś mi umknął w czasie premiery i już nie pamiętałem by go nadrobić. Miałem za to kontakt z nowym Wonką, Alicją i Mrocznymi cieniami, które ostudziły mój entuzjazm.

Nie zmienia to faktu, że Burton jako twórca jest dla mojego gustu niezwykle ważny. Kontakt z jego filmami można bowiem traktować jako wprawkę do niemieckiego ekspresjonizmu, czy późniejszych gotyckich horrorów.

Dzięki Burtonowi poznałem zresztą Vincenta Price'a, który służył za lektora (a przede wszystkim inspirację) w krótkometrażówce pod tytułem Vincent, po której absolutnie musiałem dowiedzieć się o tym aktorze nieco więcej.

4. The Thing (1982) reż. John Carpenter

Jeszcze młody ze mnie chłopak ale udało mi się załapać na końcówkę okresu, gdy internetu jeszcze nie było (a przynajmniej ja wtedy nie miałem) i jak chciało się obejrzeć jakiś film to trzeba było śledzić uważnie program telewizyjny, a następnie czekać np na seans Aliena 3 na TVP2 w środę o 23.00 i po cichu mieć nadzieję, że może w przyszłości wyemitują pierwsze dwie części. The Thing również obejrzałem w telewizji. Film puszczali na TV4 w sylwestra, na dworzu padał śnieg, a sygnał z anteny był tak beznadziejny, że jeszcze bardziej niż na zewnątrz śnieżyło za odbiornikiem telewizora. Tak więc dorośli w dużym pokoju balowali, a ja w pokoju obok doświadczałem w skromnych warunkach najlepszego horroru, jaki kiedykolwiek widziałem po dziś dzień. Nie pamiętam, czy to był mój pierwszy kontakt z Carpenterem (Chyba pierwsza była Christine, ale głowy sobie nie dam uciąć) ale na pewno wtedy stałem się wielkim fanem tego reżysera. I później w życiu, gdy byłem już dorosły i lądowałem na różnych imprezach sylwestrowych, nie zawsze z ciekawymi ludźmi, nie zawsze z zimną wódką, czy dobrym jedzeniem, zdarzało mi się wyłączać i myślami wracać do tej chwili, gdy w sylwestra po prostu sobie siedziałem w domu i oglądałem dobre horrory.

A tak w ogóle, to może i fajnie tak sobie powspominać, ale za nic nie wróciłbym do czasów bycia zdanym na łaskę telewizji: zaczynania znanych filmowych serii od sequeli i łażenia na drugi dzień niewyspanym bo film trzeba było oczywiście wyemitować o nieludzkiej godzinie. Co ciekawe, jak wejdziecie na polskie grupy horrorowe, to najważniejszym elementem większości z nich jest właśnie program TV i ludzie bywają bardzo niezadowoleni, jak ktoś im nie napisze co leci np. dzisiaj. A pomyślałby by kto, że obecnie to tylko Netflix albo “ podaj ktoś link do jakiejś darmowe stronki na której nie trzeba się logować”.

5. Pulp Fiction (1994) reż. Quentin Tarantino

Pulp Fiction nie mogło zabraknąć na liście. Od tego filmu zacząłem interesować się filmografią Quentina Tarantino, co w rezultacie zachęciło mnie też do zapoznania się z filmami z których garściami podbierał. Wydaje mi się zresztą, że widzów Tarantino można z grubsza podzielić na dwie kategorie: Tych, którzy dzięki niemu zwrócili się w stronę kinowej pulpy i tych, którym się wydaje, że Tarantino to taki cudak, który remixując elementy z "jakiś starych, tandetnych" filmów i robi z nich coś dobrego.

To także jeden z najczęściej oglądanych przeze mnie filmów. Jeśli kiedykolwiek zaproszę Was do domu na zestaw Wódka&Film to najpewniej zaczniemy od seansu Pulp Fiction.

6. Casablanca (1942) reż. Michael Curtiz



Chyba nie ma drugiego takiego filmu, który wzrusza mnie tak jak Casablanca. To również mój ulubiony obraz do picia whisky, zwłaszcza gdy wbija ta pięknie smutna scena w której załamany Rick Blaine nalewa sobie szklaneczkę znieczulacza i mówi: "Z wszystkich knajp świata ona akurat musiała wejść do mojej". I choć chciałbym być w tej chwili twardy jak Chuck Norris, John Rambo i wszyscy inni twardziele razem wzięci, to nic nie poradzę: oczy same mi się szklą i wypijam szklaneczkę za Ricka Blaina.

7. Witchfinder General (1968) reż. Michael Reeves

Z Vincentem Pricem zapoznał mnie Tim Burton, za pomocą swojej rewelacyjnej krótkometrażowej animacji hołdu pod tytułem Vincent. To pod jej wpływem zdecydowałem się oglądać filmy z tym aktorem i jeśli dobrze pamiętam, jednymi z pierwszych produkcji za które się zabrałem były Zagłada domu Usherów, House of Wax i właśnie Witchfinder General. Ten ostatni to dość ciekawy przypadek, bo dziś myślę, że ten aktor ma na koncie kilka lepszych filmów, ale już ról niekoniecznie. Jego Matthew Hopkins, tytułowy łowca czarownic, to idealny potwór w skórze człowieka: chłodny, okrutny, ale i zarazem w jakiś dziwny sposób elektryzujący. To występ, dzięki któremu “tylko” dobry film mógł zostać wywindowany do pozycji kultowego klasyka. Ja sam dostałem na punkcie tego aktora porządnego jobla i między innymi dzięki Withfinderowi wiedziałem w jakim kierunku będzie posuwać się moja fascynacja kinem.

8. Kobieta wąż (1966) reż. John Gilling


Gdy zacząłem pisać tę wyliczankę oczywiste było dla mnie to, że będzie musiał się na niej znaleźć któryś z filmów wytwórni Hammer: w końcu to jedna z moich największych filmowych przygód i przez długi czas główna inspiracja do prowadzenia bloga Komnata Dymu. Jest tylko jeden problem: za diabła nie jestem w stanie sobie przypomnieć który Hammer był tym pierwszym (pewny jestem tylko tego, że bankowo nie był to żaden z tych najbardziej klasycznych), czy też raczej pierwszym na tyle zajebistym, że stwierdziłem: “O! Będę trzymał się właśnie tego kina”. Wychodzi więc na to, że po czasie oglądanie filmów z tej wytwórni musiało mi się zlać w jedno doświadczenie, więc pozwólcie, że symbolicznie, jako reprezentanta całego Hammera wyznaczę obraz pod tytułem Kobieta wąż.



Dlaczego akurat ten? Otóż zdaje mi się on szczególnie ważny w kontekście polskiej popkultury, a to za sprawą Tomasza Beksińskiego, który nie tylko o filmie wielokrotnie pisał, ale i swego czasu przetłumaczył i zlektorował. Dzięki niemu obraz, który na zachodzie uchodził za mało znany i niedoceniony, w Polsce był, przynajmniej w jakimś stopniu, rozpoznawalny. Był to też kultowy film w moim rodzinnym domu, o którym co jakiś czas wspominała babcia, która miała możliwość obejrzenia tego tytułu podczas kina objazdowego, a także ojciec, który jako dzieciak natrafił na film w telewizji i korzystając z nieobecności rodziców zabrał się za seans, co ponoć miało się skończyć nieprzespaną nocą. Traktuję więc ich opowieści jako zaszczepienie ciekawości do kina w młodym człowieku.

9. Mechaniczna pomarańcza (1971) reż. Stanley Kubrick

O tym filmie chciałem pisać już dużo wcześniej, jednak za każdym razem, gdy siadałem do pisania akapitu, poddawałem się i przechodziłem do kolejnej pozycji. Mam wrażenie, że cokolwiek bym nie napisał, byłoby błahe i nie oddawało sprawiedliwości temu obrazowi. Bo co miałbym napisać? Że świetna rozprawa o moralności? Że ukazuje trudny temat resocjalizacji? Że pokazuje zakłamanie polityków? Pewnie i mógłbym, choć tak na dobrą sprawę najbardziej i tak przyciągała mnie nieziemska narracja, rewelacyjny Malcolm McDowell w roli gnoja o twarzy cherubinka i kosmiczna ścieżka dźwiękowa, która jakby przenosiła moją świadomość świata filmu. Mechaniczną pomarańczę po raz pierwszy obejrzałem, gdy miałem 15 lat i trochę zapomniałem o filmach. Wtedy zajmowały mnie tak ważne kwestie jak: granie w Tekkena, oglądanie się za dziewczynami i ogarnianie w którym sklepie będą skłonni sprzedać mi piwo. A tu dostałem takim obuchem po łbie, że od razu otrzeźwiałem i ponownie zacząłem jarać się kinem.

Film Stanleya Kubricka odświeżyłem sobie całkiem niedawno, po kilku latach przerwy. I ponownie wgniótł mnie w fotel. Dziś znowu obejrzę, a potem będę się zastanawiał która niewinna dusza w moim otoczeniu jeszcze nie oglądała i zmaltretuję ją wspólnym seansem.

10. Suspiria (1977) reż. Dario Argento


Wspaniała baśń dla dorosłego widza, odgrywająca się jakby na granicy świata rzeczywistego, a tego znanego z sennych koszmarów. Film witraż, wizualny majstersztyk z niezwykle nawiedzoną i psychodeliczną ścieżką dźwiękową. No, ale przecież wszyscy doskonale znamy Suspirię, prawda? Wybór tego obrazu na zamknięcie wyliczanki może i nieco banalny, ale przecież jeśli już zaczynać przygodę z jakimś kinem to od pozycji najbardziej uznanych, tych “klasycznych”. Suspiria była moim pierwszym włoskim horrorem, po którym już kolejne produkcje wysypały się na mnie niczym lawina na alpinistów. I pisałem już, że przecież to nawet nie jest mój ulubiony film Dario Argento. Może i nie, ale na pewno najważniejszy i wierzę, że jeśli już zaczynać przygodę ze spaghetti horrorem, to tylko od Suspirii.

1 komentarz:

Neb pisze...

"Czasami czytam, że ten film to w zasadzie guilty pleasure i przyznam się wam, że nie lubię tego terminu. Odbieram go jako niepotrzebne asekuranctwo" - Sto procent zgody