wtorek, 21 maja 2019

Pocałuj mnie w topór: O komiksowej serii Slaine.


Niezwykle prawdopodobne jest to, że na hasło “barbarzyńca w popkulturze” pierwszą odpowiedzią znakomitej większości z Nas będzie Conan z Cymerii. Później znajdzie się z pewnością Khal Drogo z sagi Pieśni lodu i ognia, nieco bardziej obeznani z literaturą pulpową skojarzą jeszcze Kulla z Atlantydy (który to, tak jak Conan, wyszedł spod pióra Roberta E. Howarda), zaś pożeracze celuloidowej obskury bez większego zająknięcia byliby w stanie wymienić chociażby Atora, walczącego orła (1982), czy Dara z filmu Władca zwierząt (1982). Fani komiksów wspomną zaś o pewnym celtyckim wojowniku o imieniu Slaine Mac Roth, który w moich oczach na dobre zdetronizował Conana i pozostawił w tyle wszystkich innych pretendentów do barbarzyńskiego tronu.

Slaine powstał dzięki współpracy scenarzysty Pata Millsa (współzałożyciela angielskiego magazynu komiksowego 2000AD) i rysowniczki Angeli Kinkaid, która zaprojektowała postać i odpowiedzialna była za jego pierwsze przygody (no i nie zapominajmy o tym,, że to właśnie tej Pani zawdzięczamy słynne powiedzonko barbarzyńcy: “kiss my axe”). Te początkowo były dość standardową strawą dla umysłów pragnących rozrywki spod znaku “sword and sorcery”: Slaine tułał się po świecie, stawiając przy tym czoła przerażającym potworom i czarnoksiężnikom, a także ratując damy z opresji (choćby i bez ich zgody, co zresztą przysporzyło mu później jeszcze większych problemów). To, co wyróżniało przygody Slaine’a, było ich usadowienie w świecie Celtów i ich wierzeń. On sam zresztą inspirowany był postacią Cú Chulainna, herosa znanego z Cyklu Ulsterskiego, od którego zaczerpnął przede wszystkim umiejętność wpadania w osobliwy szał bojowy, tak zwany “zakrzywiający spazm”, który dawał mu pół boską siłę, ale też zmieniał ciało herosa w prawdziwie groteskowy sposób.

Świt wojownika
Z czasem Pat Mills coraz bardziej puszczał wodze fantazji, przez co przygody o Slainie zaczęły odpływać w kierunku przegiętych, pulpowych rejonów. W kolejnych historiach (zawartych w tomach Zabójca czasu i Król) nasz barbarzyńca ujeżdżał smoka, toczył bitwy z płetwonogimi Fomorianami, podróżował w czasie, a nawet odpierał atak starożytnych kosmitów za pomocą magicznej broni palnej, a wszystko to w okultystycznej i przywołującej na myśl twórczość Lovecrafta estetyce. Jeśli dodamy do tego przyprawiające o szybsze bicie serca, mordercze wręcz tempo prowadzenia akcji (wymuszone zresztą przez “serialowy” sposób wydawniczy), to w rezultacie otrzymujemy przygody mogące u jednych wywołać dziecięcy zachwyt, a u innych oczopląs i uczucie niestrawności. To drugie zresztą, jak zgaduję, mogło się nawet zdarzyć, bo Pat Mills dość szybko zrezygnował z co bardziej ekstrawaganckich pomysłów, a pochodzący z kosmosu Cythroni szybko zaczęli być nazywani demonami, lub mrocznymi bóstwami.


Zabójca czasu
Kolejne historie coraz silniej akcentowały za to pochodzenie naszego bohatera, przez co lektura Slaine’a nabrała iście mitycznych walorów, co zresztą stało się jej wielkim atutem. System wierzeń Celtów, niewyeksploatowany przez popkulturę w równym stopniu co mitologie Greków, czy Skandynawów, nadal pozostaje dla wielu czytelników świeży i fascynujący. Kierunek ten warunkował również sposób, w jaki Slaine rozwinął się jako postać. Przeszedł on długą wędrówkę od butnego, zdolnego do haniebnych czynów brutala, do pełnoprawnego herosa i mądrego, odpowiedzialnego Króla. Późniejszy Slaine łamał, niczym kości swoich oponentów, stereotypy związane z postacią barbarzyńcy, w szczególności, jeśli chodzi o stosunek wobec kobiet. Jako mąż ziemskiej bogini Danu był oddanym wyznawcą starych, naturalnych tradycji i zwolennikiem matriarchatu, co jednak, w żaden sposób nie łagodziło jego dzikiej, nieokiełznanej natury.

Rogaty bóg
Szczytowym momentem cyklu była publikacja kultowego Rogatego Boga, dzięki któremu Slaine zaliczył znaczny skok jakościowy zarówno pod względem sposobu prowadzenia opowieści, jak i jej graficznemu przedstawieniu. Mamy tutaj do czynienia z opowieścią w opowieści: śledzimy trudy Ukko, starego krasnala i dawnego towarzysza Slaine, który na wiele, wiele lat po śmierci bohatera zaczął spisywać jego dokonania. Przygody barbarzyńcy są więc tu w zasadzie mitami, bardzo możliwe, że przesadzonymi, niekiedy opisanymi w sposób zdawkowy. Taka konstrukcja fabuły pozwoliła przy okazji na naturalne streszczenie poprzednich dokonań Slaine’a i powodowała, że znajomość wczesnych zeszytów nie była wymagana do czerpania pełni przyjemności z lektury. 

Rogaty bóg to także przejście z relatywnie prostych, czarno-białych rysunków do przepięknych, malowanych obrazów, które doskonale akcentują mityczność tej historii. Nie skłamałbym przesadnie, gdybym napisał, że każdy kadr Rogatego Boga zasługuje na miano małego dzieła sztuki. Są one także graficznym odzwierciedleniem ducha muzyki metalowej, raz przywodzących na myśl takie epickie klasyki gatunku jak Manilla Road, czy Cirith Ungol, czasem zaś brudne, doomowe mantry od Conan, YOB, czy Ufomammut. Dla odpowiedzialnego za oprawę graficzną Simona Bisleya Rogaty bóg był biletem do kariery na rynku amerykańskim, gdzie zasłynął przede wszystkim z rysowania postaci Lobo. Był też odpowiedzialny za kilka okładek albumów metalowych, w tym Danziga. 


Rogaty bóg
Rogatego boga można, bez krzty przesady, uznać za arcydzieło komiksu, a jak to z arcydziełami bywa, stają się dla swoich twórców jednocześnie błogosławieństwem, jak i przekleństwem. W końcu osiągnięty sukces oprócz rozpoznawalności i zwiększonych słupków sprzedaży niesie ze sobą znaczne podwyższenie poprzeczki, której być może się już nigdy nie przeskoczy. Późniejsze historie podążając więc za standardami wyznaczonymi przez Rogatego boga, kontynuowały mitologiczny sposób prowadzenia narracji: Slaine, jako oddany czempion bogini Danu, niejednokrotnie przemieszczał się w czasie i przestrzeni, co pozwoliło na umieszczanie tej postaci w ważnych dla Celtów i Brytów wydarzeniach historycznych i legendach. I tak chociażby Slaine u boku Boudiki odpierał ataki Rzymian, poszukiwał pradawnych artefaktów i ratował króla Artura przed zgubnym wpływem mrocznych Cythronów. Standardem (tylko z rzadka nieprzestrzeganym) stały się też pełne przepychu, malowane kadry. Za te nie odpowiadał już Bisley, który po Rogatym bogu do malowania Slaine’a nigdy nie wrócił. Na szczęście jednak Pat Mills miał sposobność współpracy z takimi utalentowanymi artystami jak Glenn Fabry (który ilustrował już wcześniejsze przygody barbarzyńcy), Dermot Power, czy też w późniejszym okresie z Clintem Langleyem i Simonem Davisem. 

Zabójca demonów
I choć żadna z późniejszych historii nie jest dla czytelnika tak potężnym obuchem w łeb jak wspominany już tutaj wielokrotnie Rogaty bóg, to szczerze uważam, że historie takie jak np. Zabójca demonów, czy Skarby Brytanii (wydane przez wydawnictwo Egmont. Ten pierwszy zostanie niebawem wydany ponownie w uzupełnionej wersji przez zajmujące się obecnie Slainem Studio Lain) jak najbardziej zasługują na miano godnych kontynuacji, które wcale nie zostają aż tak daleko w tyle względem swego wielkiego poprzednika. I co chyba najważniejsze, ich lektura cieszy jak diabli i tylko wzmaga apetyt na więcej. Slaine to seria kultowa w pełnym tego słowa znaczeniu: wyjątkowa i mająca bardzo oddanych fanów, pozostająca jednak szerzej nieznana. A szkoda! Bo to prawdziwy skarb Brytanii.

Brak komentarzy: